Connect with us

Duchowość

Walka z szatanem trwa

ks. Piotr Glas

DODANE

/

walka z szatanem trwa ks. Piotr Glas
Wydawnictwo Esprit

Prowadziłem kiedyś egzorcyzm siedemnastoletniej dziewczyny, którą demony opętały za sprawą seksu, pornografii, masturbacji, a później nieopanowanego współżycia. Szatan krzyczał wprost: „Ona jest moja!” – mówi ks. Piotr Glas w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim. Kapłan i egzorcysta przekonuje, że największym zwycięstwem szatana dzisiaj jest przekonanie ludzi, że grzech nie jest grzechem.

Twierdzi Ksiądz, że wchodząc w kontakt z demoniczną rzeczywistością, zobaczył rzeczy, których wcześniej nie traktował tak poważnie. O co chodzi?

Na przykład o sprawy seksualne. Łatwo tu sobie wszystko wytłumaczyć, że człowiek sobie nie daje rady, że świat jest taki i trzeba iść z postępem, medycyna jest bardziej rozwinięta, tak jak nasza wiedza o seksualności. Łatwo to zbyć ogólnikami na spowiedzi („zgrzeszyłem nieczystą myślą, mową i uczynkiem”), ale gdy doświadczymy, kto za tym stoi, to sprawa staje się o wiele poważniejsza.

Uświadamiamy sobie, że nie wolno nam pójść do spowiedzi i wyspowiadać się z grzechów związanych z tą sferą tak, żeby spowiednik nie wiedział, o co chodzi. Jest różnica między samogwałtem, molestowaniem seksualnym dorosłych lub dzieci, a aferą z sąsiadką albo, nie daj Boże, osobą Bogu poświęconą. To kwestie różnego kalibru. A jeśli jeszcze zobaczymy, jakie to ma skutki duchowe, jak bardzo niszczy i dewastuje życie duchowe, to już w ogóle trudno traktować grzechy w tej sferze tak lekko, jak często się to robi.

Coraz częściej w ogóle się z nich nie spowiada

To ma niesamowite konsekwencje. Dzisiaj szatan dokonał największego przekrętu – usprawiedliwił grzech, zbudował w nas przekonanie, że grzech nie jest grzechem. „A dlaczego nie mogę z dziewczyną współżyć?”; „A czemu sobie nie mogę na bok skoczyć?”; „Dlaczego sobie nie mogę oglądać porno, przecież jak tak sobie ulżę, to będzie mi lepiej”. My to wszystko sobie usprawiedliwiliśmy, każdy grzech, ale szczególnie ten ze sfery seksualnej. Demony, które mogą się podszyć pod grzeszną aktywność seksualną są bardzo zakamuflowane, głęboko ukryte, z zębami jak piranie. Walka z nimi jest bardzo trudna i wymaga doświadczenia oraz wiedzy. Niestety demony te pustoszą naszą młodzież w dzisiejszych czasach, i to coraz młodszą.

Te grzechy mogą nas prowadzić do zniewoleń czy opętań demonicznych?

Nie twierdzę, rzecz jasna, że każda masturbacja jest demoniczna, tak jak nie każdy grzech nieczysty jest demoniczny, ale… za tym może stać diabeł, który powoli, wytrwale i systematycznie wciąga coraz głębiej. Prowadziłem kiedyś egzorcyzm siedemnastoletniej dziewczyny, którą demony opętały właśnie za sprawą seksu, pornografii, masturbacji, a później nieopanowanego współżycia. Szatan krzyczał wprost: „Ona jest moja!”. A ile takich dziewczyn jest? Ilu chłopców?

Nie ma dzisiaj grzechu powszechniejszego niż nieczystość. W różnych aspektach i we wszystkich stanach: w małżeństwie, kapłaństwie, wśród zakonników, a nawet, niestety, wyższej hierarchii kościelnej. Szatan wszedł w ten obszar i kontroluje go całkowicie. A najgorsze jest to, że ludzie, ba, nawet kapłani, nie chcą w to wierzyć, bagatelizują tę prawdę. Ja to widziałem, doświadczyłem tego, więc nie mogę, nie wolno mi milczeć. Często spowiedź, i to dobra, jest dopiero początkiem długiej i mozolnej drogi wychodzenia z nieczystości. W większości przypadków, które poznałem, walka zaczynała się dopiero po spowiedzi, a błogosławiony ten, który ma kogoś, kto może pomóc.

A nie obawiał się Ksiądz nigdy zemsty diabła?

Oczywiście, że się bałem, i nadal się boję. Diabeł się mścił na różne sposoby. Gdy nie mógł dobrać się do mnie, atakował moją rodzinę lub bliskich. Były i takie egzorcyzmy, podczas których mnie nie mógł nic zrobić, ale dostawałem telefony, że straszne rzeczy dzieją się tu czy tam wśród najbliższych mi ludzi. Tam były jakieś zranienia, jakieś otwarte drzwi i od razu tam szło uderzenie. To jest walka z bestią, która jest wszędzie, która jest rzeczywistością taką jak my, przed którą Jezus nas przecież ostrzegał.

Jak długo Ksiądz był egzorcystą?

Prawie dziesięć lat.

Ilu osobom Ksiądz pomógł?

Trudno powiedzieć. Był taki czas, że ludzie przyjeżdżali codziennie i wystarczyło pięć, sześć, siedem godzin, żeby byli uwolnieni. Czasami robiłem najgorszą robotę, czyli rozpoznanie. Mało kto to robi, a to przecież absolutnie fundamentalne. Trzeba zbadać, co się dzieje u osoby, która do nas przyszła. Nie wystarczy sam egzorcyzm, ryt czy regułka. Trzeba wiedzieć, z czym lub – może lepiej – z kim walczymy. Dzięki rozpoznaniu wiemy, czy osoba przyszła do nas z opętaniem, czy ze zniewoleniem, może tylko jest w opresji duchowej, a może to objawy histerii; poznajemy też, w jaki sposób osoba nabawiła się tego problemu; i wreszcie rozeznajemy, jakie środki muszą zostać użyte, aby rozprawić się z problemem. Jest to najtrudniejszy i najbardziej pracochłonny etap w uwalnianiu. Pamiętam, jak w Irlandii w czasie rozeznania brat i siostra rzucili się na mnie i powalili na ziemię. Szatan nie wytrzymał tego, że został zdemaskowany. To było porażające…



Ile czasu trwa taka walka o uwolnienie?

Zaskoczę pana. Często czytam, że egzorcyści walczą tygodniami czy miesiącami, a u mnie najdłuższa walka trwała cztery dni. To było jednak potężne opętanie, z najwyższej półki. Pamiętam, miałem taki przypadek. Kobieta, żona i matka piątki dzieci. Była w opłakanym stanie. Kiwała się wciąż na łóżku, leczyła w szpitalach psychiatrycznych. I nic. Aż wreszcie jej mąż spotkał się z moim przyjacielem. A ten opowiedział, że żona siedziała wtedy dwa piętra dalej, nic nie mogła usłyszeć o mnie. I nagle, gdy on mówił o ks. Glasie i egzorcyzmach, obaj usłyszeli straszny krzyk dochodzący z jej pokoju: „Tylko nie tego…” tu padły niecenzuralne słowa.

To mnie przekonało, że to poważna sprawa i że muszę ich przyjąć. Kupili bilety i przylecieli tutaj. Wynająłem im pokój w specjalnym ośrodku i… zaczęło się. Najpierw dotarło do mnie, że ona jest w ciąży. Rozeznania się nie dało zrobić, bo natychmiast odpłynęła. Tyle demonów było w niej, że nie dało się normalnie pracować. Na początku trzeba było choćby części z nich się pozbyć. Nie było to proste. Gdy tylko położyliśmy ją na łóżku, natychmiast demony zaczęły – jej rękami – bić ją po brzuchu, tak żeby wywołać poronienie czy też zaszkodzić dziecku. Wrzeszczały i straszyły: „to dziecko jest nasze!”. Musieliśmy ją związać, żeby nie mogła się uderzyć.

Cztery dni trwała straszna walka, walka na śmierć i życie. Zacząłem od rytów, ale potem je odłożyłem. Klęczałem nad nią i walczyliśmy niemal wręcz. Jeden z demonów zaczął do mnie wrzeszczeć w jakimś języku, którego w ogóle nie znałem. „I co? Nie rozumiesz?” – śmiał się ze mnie. „Jezu, pomóż” – pomyślałem, ale nic się nie zmieniło. On do mnie coś mówił, a ja nie wiedziałem co. Zacząłem się modlić o dar możliwości nawiązania walki z tym demonem. I wtedy otworzyłem usta i… zacząłem coś do niego krzyczeć w jakimś języku, o którym nie miałem pojęcia. Demon zaczął wrzeszczeć na mnie. To się nazywa battle talk, czyli język wojownika.

Ja krzyczałem w nieznanym języku do niego, on na mnie. Trwało to jakieś pięć minut. I wreszcie, sam nie wiem dlaczego (ani co się ostatecznie wydarzyło), on wyszedł. Ale to nie był koniec walki, bo w niej siedziało więcej demonów. Jeden z nich kpił ze mnie: „Do końca nie będziesz wiedział, gdzie jestem”, „jestem bezpiecznie ukryty”. Dalej nad nią klęczałem i miałem taki obraz, że całe jej serce jest powiązane łańcuchem. Zacząłem, nie dotykając jej, jakby te łańcuchy zrywać. Jak on zaczął krzyczeć. Za każdym razem był straszliwy ryk, a ja tylko powtarzałem: „Mocą Ducha Świętego rozrywam ten łańcuch, którym jest całe serce powiązane”. Wtedy demon zaczął na mnie wrzeszczeć: „Skąd wiedziałeś, że tu jestem?”. Trudna to była walka, aż wreszcie na koniec, pamiętam, modliłem się i prosiłem o. Pio, żeby przyszedł. I on przyszedł.

Demony go widziały, a ja to widziałem w jej oczach, gdy zaczęła krzyczeć: „Odejdź, ty śmierdzący starcze”. Wtedy poprosiłem o. Pio, żeby użył mojej ręki jako swojej. I położyłem gdzieś tę rękę, nie pamiętam dokładnie gdzie, ale chyba na jej głowie. Jak ona wtedy zaczęła wrzeszczeć, demon w niej krzyczał. I wreszcie, dzień przed planowanym odlotem, została całkowicie wyzwolona i uzdrowiona. Żadnych rytów nie używałem, to była po prostu walka wręcz. Kto tak dzisiaj walczy? Wyjechali z powrotem do Polski. Zaczęli działać w duszpasterstwie, ona dawała świadectwa, zresztą do dziś daje.

A co powinien zrobić ksiądz, do którego zgłasza się osoba z takimi problemami? Na co zwrócić uwagę?

Przede wszystkim wysłuchać, porozmawiać, nie lekceważyć. Z mojego doświadczenia wynika, że niestety księża przed kontaktem z taką osobą odczuwają paniczny, paraliżujący strach i zamiast rozmawiać, rozeznawać, oznajmiają, że się na tym nie znają, a jedyne, co mogą poradzić, to spowiedź. I to nie taka z całego życia, generalna i dokładna. Ludzie idą potem do spowiedzi, parę minut, ale nic się nie zmienia, dalej nie ma poprawy. A nie ma jej, bo spowiedź to jest tylko punkt wyjścia, jestem pojednany z Bogiem, On mi przebacza, ale zranienia, zniewolenia trzeba leczyć dalej.

W najlepszym wypadku proboszcz odsyła do egzorcysty, ale i to niekoniecznie pomaga, bo nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, nie wiadomo, czy ten ktoś będzie miał czas i konieczne doświadczenie. Myślę, że to jest obecnie wielki dramat Kościoła, że nie mamy odpowiedniej pomocy dla tysięcy zniewolonych osób. A nie mamy, bo sami księża się boją, bo niestety są między nami, księżmi, osoby poranione, uwikłane w grzechy, w różnych opresjach i układach. Wśród duchownych funkcjonuje „złota zasada”, która brzmi „ja się nie wtrącam do niego, diabła, a on niech mi da święty spokój, bo jeżeli ja zacznę z nim walczyć, to on może wyjawić pewne sprawy o mnie”.

W wielu wypadkach ten paraliżujący strach sprawia, że księża nie chcą mieć nic wspólnego z walką duchową albo w ogóle odrzucają tę rzeczywistość. Najbardziej uczciwi szukają kogoś, kto się lepiej zna na tych sprawach, pragną jakoś pomóc, jak ten biblijny Samarytanin.

To chyba dobrze, że szukają fachowca?

Niby tak, ale z drugiej strony, to kto ma się na tym znać, jeśli nie kapłani? Nazywamy się „duchownymi”, czyli powinniśmy być specjalistami od ducha, w tym od jego chorób. Jeśli się na tym nie znamy, to na czym się znamy? Na budowaniu kościołów, interesach, polityce? Odprawiania Mszy Świętej można się nauczyć w kilka dni, a seminarium powinno nas uczyć głębokiej duchowości, rozeznania, dać nam podstawy walki duchowej. Tylu świętych o tym pisało. Ale i tak najgroźniejszy jest strach…

…strach przed czym?

Przed własnym brudem, grzechem. Diabeł o nich doskonale wie. Uczestniczyłem kiedyś w egzorcyzmach, w których pomagali mi ludzie świeccy, okazało się, nieprzygotowani duchowo. I diabeł opętanej wygarnął im wszystko. Każdy niewyspowiadany grzech. My sobie nie zdajemy sprawy z tego, kim jest diabeł i co widzi. Do mnie to dopiero dotarło, gdy na jednym egzorcyzmie diabeł zaczął wyliczać moje grzechy, i to grzechy sprzed trzydziestu lat. Ja już o nich zapomniałem, a on nie. On pamięta. Trzeba też pamiętać, że nasze grzechy mają także skutki, które mogą się ujawnić wiele lat później z bardzo przykrymi konsekwencjami.


Fragment książki; “Dzisiaj trzeba wybrać” – ks. Piotr Glas, Tomasz P. Terlikowski / Wydawnictwo Esprit

Advertisement
Dodaj Komentarz

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Duchowość

Matko Dziewicza Matko Nienaruszona

s. Anna Maria Pudełko AP

DODANE

/

Matko Dziewicza Matko Nienaruszona

To my, kobiety wyznaczamy granice i pokazujemy jak chcemy być traktowane – mówi s. Anna Maria Pudełko AP

Litania to zbiór komplementów. Chcesz wiedzieć co oznaczają? Oglądaj majowy cykl “Taka jak Ty!” w którym Siostra Anna Maria Pudełko AP codziennie, przez cały maj będzie przybliżać nam znaczenie Litanii Loretańskiej.

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Jak nie usnąć przy odmawianiu różańca?

Daniel Wojda SJ

DODANE

/

Jak nie usnąć przy odmawianiu różańca

Kiedy odmawiasz różaniec w pewnym momencie zasypiasz? Rozpraszasz się? Nie wiesz, o czym myśleć na nim? Wszyscy święci mówili, że różaniec to jest wielka siła, że szatan boi się różańca – a tobie to nie idzie? Jeśli tak – posłuchaj!

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Matko Nieskalana

s. Anna Maria Pudełko AP

DODANE

/

Matko Nieskalana

Im bardziej będziemy zasłuchane w głębię naszego serca, tym bardziej staniemy się kobietami spójnymi. Nasze myśli będą odpowiadały naszym czynom, a nasze uczucia będą zgodne z naszymi myślami.

Litania to zbiór komplementów. Chcesz wiedzieć co oznaczają? Oglądaj majowy cykl “Taka jak Ty!” w którym Siostra Anna Maria Pudełko AP codziennie, przez cały maj będzie przybliżać nam znaczenie Litanii Loretańskiej.

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

To nie są objawienia!

Jacek Bolewski SJ

DODANE

/

To nie są objawienia
TimMossholder/unsplash.com

Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawił przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie – o ukazywaniu się Maryi z o. Jackiem Bolewskim jezuitą, teologiem i mariologiem, rozmawia Marta Wielek.

Ojcze, czy Maryja rzeczywiście przychodzi do widzących, czy też to tylko Jej obraz w ich wyobraźni?

Maryja oczywiście jest realnie doświadczana. Nie można jednak powiedzieć, że „przychodzi” w tym sensie, że wcześniej Jej nie było, a teraz jest. W momencie jawienia widzący doświadczają Jej obecności, jest przez nich widziana i słyszana. Jednak to doświadczanie wynika z pobudzenia ich umysłu, zmysłów. Nie należy sobie wyobrażać jawień maryjnych jako zjawiska wyłącznie obiektywnego, choćby w taki sposób, że wszyscy, niezależnie od wiary lub niewiary, mogliby je zobaczyć. Na przykład podczas jawień w Lourdes tylko Bernadetta widziała Matkę Bożą. Inni, którzy byli świadkami tego fenomenu, widzieli zachowanie Bernadetty wskazujące na jakieś doświadczenie, ale nie widzieli postaci Maryi.

To dlatego widzący opisują Maryję tak rozmaicie?

Właśnie. Jawienie zawiera w sobie element obiektywny i subiektywny. Jest w nim rzeczywiście działanie Matki Bożej i Jej obecność, ale są one przystosowane do osoby, której Ona się ukazuje. Dlatego w relacjach o jawieniach czytamy, że czasem Maryja ma skórę jasną, czasem ciemną i mówi różnymi językami.

Używa Ojciec słowa „jawienia” Maryi…

To nie jest określenie powszechnie uznane. Uważam jednak, że istnieje potrzeba odróżnienia fenomenów maryjnych, należących do tzw. objawień prywatnych, nie tylko od objawienia publicznego, ale także od ukazywania się Jezusa po Zmartwychwstaniu.

Czym się różni objawienie prywatne od publicznego?

Objawienie publiczne obejmuje słowa, które Bóg przekazywał przez proroków, aż do objawienia się w pełni przez Jezusa i Ducha Świętego, działającego przez Apostołów. Kościół wierzy, że Objawienie (publiczne) zostało zakończone wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów. Wszystkie późniejsze objawienia to objawienia prywatne. Kiedy więc Szaweł doświadczył spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem pod Damaszkiem, zjawienie to należało do Objawienia. Kiedy jednak Jezus objawiał się później świętym, na przykład siostrze Faustynie, było to już objawienie prywatne, chociaż ukazywał się ten sam zmartwychwstały Chrystus. Są więc takie ukazania się Jezusa, które do Objawienia należą, i takie, które nie należą. Aby nie było wątpliwości, proponuję słowo „Objawienie” zarezerwować tylko dla objawienia publicznego, a wszelkie wizje Jezusa nazywać zjawieniami.

W przypadku Maryi lepiej byłoby użyć jeszcze innego słowa, bo wszystkie Jej ukazania się są poza Objawieniem. Możemy je nazwać na przykład „jawieniami”. Używając tego określenia, zamiast „objawienia prywatne”, unikamy skojarzenia z tym, że w fenomenach maryjnych mamy do czynienia z „objawieniem”, czyli odsłonięciem tego, co wcześniej było niejawne, zakryte.

Maryja niczego nie objawia?

W sensie ścisłym – nie. Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawił przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie.

Więc dlaczego Maryja przychodzi?

Jezus zapowiedział swoim uczniom, że Duch Święty doprowadzi ich do pełni prawdy, pomoże im odkryć i zrozumieć, co Bóg chciał powiedzieć o Sobie przez Jezusa. Można by zapytać: czy cała ta prawda została odkryta przez chrześcijan wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów? Raczej nie, gdyż to by znaczyło, że dalszy rozwój Kościoła nie jest potrzebny. Ten sam Duch, który przemawiał przez proroków i objawił się w Osobie Chrystusa, udziela się teraz każdemu człowiekowi w tym, co nazywa się łaską uświęcającą. To jest ten sam Duch Święty, tylko przyjmuje różne postacie. On udziela się także w jawieniach Maryi. Dzięki Niemu Bóg dopełnia tego, co powiedział o Sobie w Objawieniu. To jest tak, jak z otrzymaniem od kogoś książki: z samego faktu posiadania wcale nie wynika, że znamy jej zawartość. Wcielenie Jezusa to więcej niż ofiarowanie nam takiej książki o Bogu: to Wydarzenie dokonane „za sprawą Ducha Świętego”. Dlatego trzeba pomocy tego Ducha, by stopniowo rozpoznawać objawioną w nim „pełnię czasu”.

Czyli to Pan Bóg posyła Maryję do nas, Ona nie przychodzi z własnej inicjatywy?

Nie należy za bardzo dociekać, co Pan Bóg robi tam, gdzie my tego nie widzimy. Trzeba się oprzeć na fundamencie Ewangelii, a tam czytamy, że Pan Bóg – ściślej mówiąc Syn Boży – daje nam Maryję za Matkę. To zadanie nie było pomyślane tylko na ziemskie życie Maryi, ale na całe dzieje Kościoła. Dlatego nie potrzeba dodatkowej inicjatywy Boga. Wystarczyło polecenie Chrystusa z Krzyża, czyniące z ucznia Jezusa Jej syna, by poczuwała się do macierzyńskiej troski o wszystkie dzieci Boże. Nie mówiłbym o inicjatywie Maryi, ale o Jej wrażliwości na potrzeby ludzkie. Ona jest tak po ludzku wrażliwa i dlatego przez Nią łaska może łatwiej „przebić się” do ludzi.

A inni święci?

Maryja uczestniczy w rzeczywistości Świętych Obcowania i wcale nie ma „monopolu” na działanie „po naszej stronie”. Jej szczególna rola ma jednak dwa powody. Po pierwsze, była bardzo ściśle związana z Objawieniem Jezusa. Po drugie, na przykładzie Maryi doskonale widać, jak stopniowo rozpoznawane jest Objawienie. Widoczne to jest już w lekturze kolejnych Ewangelii. Najstarsza, Ewangelia św. Marka, bardzo niewiele uwagi poświęca Maryi. U Mateusza, a potem Łukasza, gdzie została dołączona Ewangelia dzieciństwa, Jej rola już jest wyraźnie ukazana. Ale najgłębiej udział Maryi w dziele Odkupienia przedstawia Ewangelia św. Jana.

Czyli już w Nowym Testamencie mamy pewną ewolucję, ale ta ewolucja nie skończyła się z zamknięciem Objawienia. W przypadku Maryi pojawiły się dogmaty, które Kościół także uważa za Objawienie. Bo przecież nie chodzi tu o prywatne wizje dane papieżowi, który konkretny dogmat ogłasza. Jest to Objawienie zawarte w Piśmie Świętym – wydobywane z Tradycji, wymagające argumentacji teologicznej – dopełniającej to, czego w Piśmie Świętym w wyraźnej postaci nie ma. Nie ma na przykład wzmianki o Niepokalanym Poczęciu czy Wniebowzięciu Maryi. Do tych prawd Kościół doszedł na podstawie całości Pisma Świętego, interpretowanego w świetle Tradycji.

To stopniowe odkrywanie roli Maryi widoczne jest chyba także w tym, jak na przestrzeni wieków zmieniał się sposób Jej jawienia. Przez piętnaście stuleci Maryja pojawiała się wyłącznie w towarzystwie Jezusa lub Apostołów, a Jej przekaz miał charakter bardzo indywidualny. Dopiero podczas jawienia w Guadalupe, w 1531 r., Maryja przyszła sama, i to z orędziem skierowanym do jakiejś społeczności.

Widocznie wcześniej nie było potrzeby, żeby Jej słowa były kierowane do całego Kościoła. Wystarczały te środki, które Kościół już posiadał. Ewangelizacja w Nowym Świecie, choćby w Meksyku, była jednak nowym zjawiskiem w historii Kościoła. Tam nastąpiła dosyć dramatyczna sytuacja, bo głoszono chrześcijaństwo przy użyciu przemocy. Właściwie można mówić o podboju kultury indiańskiej przez europejską. Maryja stanęła po stronie miejscowej kultury, żeby ułatwić Indianom przyjęcie chrześcijaństwa w postaci bardziej rodzimej niż europejscy misjonarze byli zdolni im przekazać.

Według mnie, przyczyną, dla której w późniejszym czasie jawienia kierowane były do większej liczby ludzi, jest czynnik kulturowy, pojmowany jako „znak czasu”.

Czy fakt, że od XIX w. notujemy tak wiele jawień maryjnych, wynika z dużej dostępności informacji, czy też z tego, że wzrasta częstotliwość jawień?

Byłbym ostrożny w mówieniu, że jawień jest więcej. To, że w XIX w. nabrały one takiej wagi, wiąże się z sytuacją kulturową, która nie sprzyjała chrześcijaństwu. Rewolucja naukowa i przemysłowa powodowała raczej odchodzenie od chrześcijaństwa i może dlatego troska Matki Bożej o to, by przybliżyć ludziom korzenie chrześcijaństwa, była większa.

A może Maryja chce nas przygotować na koniec świata?

Najgłębszym wątkiem teologicznym najważniejszych jawień maryjnych, poczynając od Cudownego Medalika, przez Lourdes po Fatimę, jest tajemnica Niepokalanego Poczęcia. Na Medaliku czytamy: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta…”; w Lourdes Matka Boża powiedziała o sobie: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”; w Fatimie wskazuje, że Jej „Niepokalane Serce na końcu zwycięży”.

Uważam, że jest jakiś głębszy zamysł Boży w tym, że o ile przy pierwszym przyjściu Jezusa tajemnica Niepokalanego Poczęcia była ukryta, to pełniejsze jej wydobycie i zgłębianie – także przez jawienia maryjne – ma przygotować ludzkość na powtórne przyjście Chrystusa. Nie znaczy to jednak, że koniec świata jest bliski.

Dlaczego dogmat o Niepokalanym Poczęciu ma mieć tak wielkie znaczenie dla naszej wiary?

Nie sam dogmat, nie fakt, że Maryja była poczęta bez grzechu pierworodnego jest ważny, tylko to, co się za nim kryje. Niepokalane Poczęcie to prawda o prymacie łaski, o zwycięstwie Boga nad grzechem.

Przyjrzyjmy się poszczególnym jawieniom. Na Cudownym Medaliku widzimy, jak przez Maryję przechodzi łaska obejmująca cały świat, zło jest pokonane, leży pod Jej stopami – a więc chodzi tu o zwycięstwo łaski nad złem. W Lourdes Maryja zaskakuje nas tajemniczym imieniem: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”. Nie mówi: „Jestem Niepokalana” albo „niepokalanie Poczęta”, a to oznacza, że jawi się tam coś więcej niż pojedyncza osoba ludzka. Wraz z Maryją ukazuje się tajemnica początku wszystkich ludzi w Bogu. Początkowy zamysł Boga to człowiek pełen łaski. W tej pełni łaski uczestniczy teraz Niepokalana. W naszym życiu ta rzeczywistość łaski jest przyciemniona, obciążona grzechem, ale jawienia Maryi wskazują, że ta pełnia ma w nas się objawić dzięki Odkupieniu. I to jest Dobra Nowina, z jaką Maryja do nas przychodzi.

Co jest zatem najważniejsze w orędziach maryjnych?

Właśnie przypomnienie, że Ewangelia jest Dobrą Nowiną, czyli świadectwem o tym, że łaska jest silniejsza od grzechu, że na końcu zwycięży miłosierdzie. Matka Boża, w obliczu różnych postaci zła, których doświadczamy, jawi się i przypomina o tej centralnej prawdzie Ewangelii.

Kościół nie potrzebuje uznania autentyczności jawień?

Kościołowi nie jest potrzebne nowe orędzie…

Trzeba jednak postępować według zasady sformułowanej przez św. Pawła: Wszystko badajcie, a co szlachetne — zachowujcie (1 Tes 5, 21), aby przez przesadną ostrożność nie zanegować Bożego działania.

Kościół rozumiemy tu najpierw jako lokalną wspólnotę, której pasterzem jest biskup, więc do niego ostatecznie należy podjęcie w tej sprawie odpowiednich kroków. Najczęściej zasięga on informacji o okolicznościach wydarzenia i przestrzega przed rozbudzaniem ciekawości. Potem powołuje specjalną komisję, której zleca przypatrzenie się tym fenomenom. Bardzo często biskupi poddają widzących próbom, aby sprawdzić ich posłuszeństwo wobec Kościoła: na przykład zakazują publicznych wypowiedzi. Jeżeli tego posłuszeństwa brakuje, stawia to pod znakiem zapytania autentyczność jawienia.

Ostatecznie Kościół może najwyżej powiedzieć, czy jest coś nadprzyrodzonego w badanych jawieniach, czy nie, ale może też stwierdzić tylko, że nie ma w nich nic sprzecznego z Objawieniem. Oceniając jawienia Kościół bada przede wszystkim to, co bezpośrednio odnosi się do Boga, nie są ważne elementy, które dotyczą świata doczesnego i jego przyszłości. Także Osoba Maryi nie jest najważniejsza, liczy się raczej to, co w Jej postaci i słowach odnosi się do tajemnicy samego Boga. Ważnym kryterium autentyczności są potwierdzone cuda: np. lekarze stwierdzają, że nie da się wyjaśnić jakiegoś uzdrowienia środkami, którymi dysponuje medycyna.

Proces oceny jawień trwa bardzo długo. W jaki sposób człowiek wierzący powinien odnosić się do jawienia, w którym Kościół nie stwierdził sprzeczności z Objawieniem, ale nie wydał jeszcze decyzji o jego autentyczności?

Powiedziałem, że Kościół nie potrzebuje nowych orędzi. Jest pytanie, czy wierzący tego potrzebują. Zalecałbym ostrożność. Ciekawość — tu można się zgodzić z przysłowiem — jest pierwszym stopniem do piekła. Działanie złego ducha naprawdę odwołuje się do ciekawości. Dlatego tam, gdzie chodzi o jakieś nadzwyczajne fenomeny, spektakularne i widowiskowe (np. coś się pokazuje na kominie, na szybach, w jakichś trudno dostępnych miejscach…) można często zauważyć jakieś niepokojące działania, służące podsyceniu ciekawości.

Jawienie tego nie potrzebuje, tu liczy się przede wszystkim wiara. Ewangelia pokazuje, że od wiary zależy, czy Bóg dokonuje cudów, czy też nie. Ufna postawa nie wymaga więc jakiś dodatkowych znaków czy nadzwyczajnych zjawisk. Jeśli Matka Boża gdzieś się pojawia, to nie jest to dla mnie wezwanie, żeby tam pojechać i szukać czegoś nowego albo – co gorsza – jechać w przekonaniu, że sam muszę doświadczyć czegoś podobnego. Szukanie znaków świadczy o braku wiary. Człowiek wierzący widzi działanie Boga nawet w zwyczajnych wydarzeniach, bo wszystko może być Jego znakiem.

A czy musimy wierzyć w uznane już jawienie?

Absolutnie nie. To, co jest potrzebne do wiary, mamy w Piśmie Świętym, a dodatkowo wyraża to Wyznanie Wiary, Katechizm, dogmaty. Kościół nigdy nie zobowiązywał do wiary w jakieś szczególne wizje czy orędzia maryjne; jest to sprawa prywatna. Można też preferować jakieś miejsca, czy pewien typ jawień maryjnych. Mnie na przykład bardzo bliskie pod względem teologicznym są: Lourdes, Fatima i Rue du Bac.

A jeśli Matka Boża przychodzi z naglącym orędziem, wezwaniem do nawrócenia i pokuty, to można go – bez wyrzutów sumienia – nie podjąć?

Pan Jezus nie tylko budził wyrzuty sumienia. Głoszenie Ewangelii to wezwanie do nawrócenia, bo Bóg jest blisko. To wołanie: „Otwórzcie oczy na to, co się wokół was dzieje”. Pan Jezus, owszem, czynił wyrzuty ludziom, którzy mimo ewidentnych znaków Go odrzucali. Można powiedzieć, że tam, gdzie w orędziach Maryi pojawia się wyrzut, jest on echem tego właśnie wyrzutu Chrystusa. Maryja nie mówi nic nowego, tylko pokazuje, że tam, gdzie brakuje nawrócenia, będą groźne konsekwencje. W Fatimie na przykład była zapowiedź wojny, bolesnych wydarzeń w Rosji…



Ma pani prawo nie przyjąć orędzia z Fatimy czy z Lourdes, ale jako osoba wierząca nie powinna pani odrzucać orędzia Ewangelii, które mówi: „Nawracajcie się, bliskie jest Boże królowanie”. To wezwanie jest czymś więcej niż tylko czynieniem wyrzutów.

A co z tymi, którzy uwierzą w fałszywe jawienia i trwają w tej wierze nawet wtedy, gdy Kościół oficjalnie tego zabrania?

To jest właśnie cena ciekawości albo szukania nadzwyczajności w religii… Jeżeli ci ludzie działają w dobrej wierze, to trudno mówić o ich moralnej winie, to jest raczej zaślepienie. Ciągle spotykamy się z osobami, do których nie trafiają żadne argumenty, choć z zewnątrz widać, że to, o czym oni są przekonani, nie może być prawdą. Tu adekwatne są słowa Chrystusa, wypowiedziane na Krzyżu: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34). Oczywiście, trzeba pytać, skąd się takie zaślepienie wzięło. Często jest to naiwność i brak dojrzałości wiary.

Jednak wielu z tych ludzi bardzo silnie utożsamia się z Kościołem…

Dlatego Kościół, w swoim duszpasterskim nastawieniu, uważa, że nie należy „wylewać dziecka z kąpielą”. Jeśli na przykład na miejscu nie aprobowanych jawień powstał – ogromnym nakładem środków wierzących – kościół, to nie można go tak po prostu zamknąć. Prowadzenie ludzi, którzy nie do końca potrafią zaakceptować czasem trudną prawdę, wymaga od duszpasterzy dużej mądrości i wyrozumiałej postawy.

Czy duże zainteresowanie jawieniami maryjnymi, nawet tymi uznanymi, nie wypacza obrazu Pana Boga i nie spycha Go na drugie miejsce?

Takie wrażenie może powstać u kogoś, kto patrzy na te zjawiska z zewnątrz. Jeżeli spojrzeć na jawienia głębiej, to widać, że Maryja nie skupia uwagi na sobie. Ona tylko świadczy o tajemnicy, która sięga poza Nią i która przez Nią przechodzi.

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że mamy skłonność bardziej koncentrować się na cechach Maryi jako Matki ludzi niż Matki Boga, a przecież to Boże Macierzyństwo jest powodem czci dla Niej.

Jeżeli łatwiej nam przyjąć, że Maryja jest naszą Matką, daje to szansę, żeby zrozumieć także, co to znaczy, że jest Matką Boga. Maryja na pierwszym miejscu jest Matką Chrystusa, ale naszą Matką nie jest dodatkowo, lecz w takiej mierze, w jakiej Jezus jest w nas obecny. Dlatego pragnie, aby obecność Jezusa w nas się powiększała. Jeżeli autentycznie łączymy się z Maryją, to Ona już zadba o to, żebyśmy się nie zatrzymali na Jej Osobie.

To dlaczego w Fatimie Maryja nie prosiła o nabożeństwo do Jezusa, tylko do swojego Niepokalanego Serca?

Niepokalane Serce Maryi jest najściślej związane z Sercem Jezusa. Ponadto, przekazane przez Maryję nabożeństwo wplata w tradycyjny różaniec modlitwę do Jezusa! Wzywamy Go po każdej dziesiątce, mówiąc: „O, mój Jezu, przebacz nam nasze winy…”.

Nie sądzę, że jeśli ktoś za dużo się modli do Maryi, to jest w tym jakieś niebezpieczeństwo. Oczywiście, trzeba zachować właściwe proporcje, ale my tak naprawdę nie wiemy, co się dzieje w ludziach modlących się w ten sposób. Jeśli przypisujemy im traktowanie Maryi jako bogini, a jest to tylko nasze patrzenie z zewnątrz, możemy być niesprawiedliwi.

Modlitwę maryjną rozumiem w ten sposób: modlę się do Jezusa w jedności z Maryją. Oto przykład najbardziej maryjnej modlitwy: „Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…”. Zaczynam modlitwę z Maryją, zwracam się do Niej, ale dochodząc do Imienia Jezus, razem z Maryją zatrzymuję się przy tym Imieniu. Maryja może więc wprowadzać do modlitwy imienia Jezus, której centrum jest Chrystus.

Co ciekawe, różne tradycyjne przedstawienia modlitwy pokazują modlącego się człowieka otoczonego przez Maryję, a w Jej centrum jest Jezus. My kontaktujemy się z tym Centrum przez modlitwę — Maryja jest Łonem, w którym możemy Jezusa spotkać głębiej.


List

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Lęki które paraliżują

o. Remigiusz Recław SJ

DODANE

/

Lęki które paraliżują

Powodem naszych lęków jest brak ufności w miłość. Lęk związany jest z brakiem zaufania do Boga. Na wszystko, czego się boimy jest jedno lekarstwo: zwrócenie oczu na Jezusa. Największą trucizną, którą sobie aplikujemy, jest obietnica łatwego szczęścia. Życie nie jest łatwe, ale trudy przynoszą szczęście. Największym tego świadectwem jest krzyż.

Kontynuuj Czytanie

NAJPOPULARNIEJSZE