Connect with us

Duchowość

Spowiedź nie jest po to żebyśmy się dobrze poczuli

Tomasz Grabowski OP

DODANE

/

Spowiedź nie jest po to, żebyśmy się dobrze poczuli. Owszem, poprawa samopoczucia, może być jednym z owoców spowiedzi, ale najważniejsza jest relacja z Bogiem i fakt, że to On odpuszcza grzechy, odbudowuje więź przyjaźni z nami.

Często mówi się o tym, że chociaż wielu ludzi uważa się za wierzących, to religijność katolików jest dość powierzchowna. Owszem, korzystamy z sakramentów, ale tak naprawdę nie bardzo wiemy, co one oznaczają. Niektóre, jak np. spowiedź, wręcz budzą w nas opór…

o. Tomasz Grabowski OP: Zdarza się, że ludzie unikają spowiedzi, bo boją się księdza, który siedzi w konfesjonale. A przecież to, że spowiedź dzieje się za pośrednictwem drugiego człowieka, jest właśnie jej zaletą. To dodaje obiektywizmu, broni nas przed zakłamaniem. Przede wszystkim boimy się tego, że prawda o nas zostanie wyjawiona i poddana ocenie. W Ewangelii Jana czytamy, jak Jezus tłumaczy Nikodemowi, że ludzie bardziej umiłowali ciemność niż światło i dlatego nie przyjęli Syna Bożego (por. J 3,19). Te słowa są nadal aktualne: wolimy ciemność niż światło – przyzwyczajamy się do naszych grzechów, potrafimy je pięknie wytłumaczyć, usprawiedliwić, zracjonalizować.

Ale jakie właściwie znaczenie ma to, że wyznajemy grzechy przed Bogiem w sakramencie pokuty? Czym są sakramenty?

ks. Krzysztof Porosło: Najbliższa mi definicja sakramentów znajduje się w Katechizmie Kościoła Katolickiego:„sakramenty są mocami, które wychodzą z zawsze żywego ciała Chrystusa”.

Katechizm przytacza scenę z Ewangelii św. Marka, w której kobieta cierpiąca na krwotok dotyka szat Jezusa i wtedy „Jezus poczuł, jak moc wychodzi z Niego” (por. 5,21-34). Ta sama moc uzdrowiła tę kobietę nie tylko z fizycznych dolegliwości, ale też przywróciła ją do życia społecznego, bo przez swoją chorobę była ona martwa również w relacjach międzyludzkich. Prawo zakazywało bowiem kontaktu z kobietą nieczystą, a za taką w ówczesnej kulturze była uważana ta chora kobieta. Sakramenty są więc mocami wychodzącymi z ciała Chrystusa, które nas uzdrawiają i przemieniają.

o. T. Grabowski OP: Bóg może działać na wiele rożnych sposobów, również poza sakramentami, ale w przypadku sakramentów mamy pewność, że Bóg udziela nam swojej łaski i upodabnia nas do siebie. W pozostałych przypadkach pozostaje nam mieć nadzieję, że nas wysłuchuje i działa. W sakramencie mamy do czynienia z widzialnym znakiem duchowego działania Boga, znakiem, który zawsze jest skutecznym udzieleniem Jego mocy.

Co właściwie sakramenty zmieniają w człowieku?

ks. K. Porosło: Każdy sakrament wprowadza nas w życie Jezusa Chrystusa. Pismo Święte mówi nam, w jaki sposób Jezus nauczał – przez jakie słowa, jakie znaki, jaką mocą. Sakramenty są dla nas takim samym sposobem działania Boga.

Tak jakby Jezus był tu z nami fizycznie i uzdrawiał…?

ks. K. Porosło: Gdy Jezus chodził po ziemi, swoją mocą uzdrawiał, nauczał, uwalniał od złego. Teraz robi to samo za pośrednictwem sakramentów. Różnica jest tylko taka, że wtedy był dostępny dla ograniczonej grupy osób, które były blisko, słuchały Go i dotykały, a dzisiaj – każdy może skorzystać z Jego mocy.

o. T. Grabowski OP: Bardzo lubię takie wyjaśnienie działania sakramentów: Chrystus jest Głową, a Kościół jest ciałem. Coś, co dzieje się w głowie, możemy poznać dopiero wtedy, gdy zostanie to jakoś wyrażone poprzez ciało. Kościół, sprawując sakramenty, odsłania to, co Chrystus dla nas robi.

Czy sakramenty działają niezależnie od kondycji „ciała”?

o. T. Grabowski OP: Tak. Kościół jest grzeszny, ale w ramach liturgii i rytów sakramentów możemy mieć pewność, że działa Głowa, czyli Chrystus.

Aby tak się stało, muszą być jednak spełnione konkretne warunki, a co do materii i formy sakramentu oraz wymagana jest odpowiednia dyspozycja przyjmującego je i szafującego. Nie można np. bierzmować nieochrzczonego. Nawet gdybyśmy w takim przypadku zastosowali wszystkie formuły, byłby odpowiedni szafarz i oleje, to i tak bierzmowanie by się nie dokonało.

Jeśli na przykład w sakramencie pokuty świadomie zataję jakiś grzech, nie będą spełnione warunki sakramentu – on nie zaistnieje.

Ale ksiądz w konfesjonale może mieć grzechy?

o. T. Grabowski OP: Nie powinien, ale może. To wielka łaska, że Chrystus nie uzależnia skuteczności sakramentów od świętości szafarzy. Na marginesie można wspomnieć o tym, o czym mało kto wie, że szczególny grzech spowiednika może sprawić, że ksiądz popada w kary kościelne, jeśli udzieli rozgrzeszenia. Chodzi o rozgrzeszenie wspólnika w grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu. Taki postępek jest objęty ekskomuniką latae sententiae – wyłączeniem ze wspólnoty Kościoła.

ks. K. Porosło: Skuteczność sakramentu nie jest uzależniona od świętości czy grzeszności szafarza. Owszem, świętość szafarza jest jakoś związana z tą łaską, ale nie w sensie skuteczności, tylko raczej owocności. Łatwiej komuś przyjąć sakrament i nim żyć, jeśli widzi pobożnego księdza.

Nie wszystkie sakramenty są dokładnie opisane w Ewangeliach. Czy wszystkie ustanowił Chrystus?

ks. K. Porosło: Tak, ale w Biblii znajdziemy „tylko” opis tego, co jest istotą sakramentów, tzn. jak one działają, a nie konkretne celebracje czy rytuały. Dzisiaj nawet niektóre wspomniane w Biblii gesty nie są jednoznacznie odczytywane jako znaki sakramentalne. Tak jest w przypadku bierzmowania. Kiedyś za przykład tego sakramentu podawano moment nałożenia rąk przez apostołów na nieochrzczonych Samarytan (por. Dz 8, 14-15). Współczesna krytyka biblijna nie uznaje tego wydarzenia za zapowiedź bierzmowania.

Nie ma sensu szukać opisów konkretnych celebracji, a już w ogóle nie należy się spodziewać, że Chrystus miałby celebrować sakramenty tak, jak my to teraz robimy. Wtedy przecież On działał w sposób widzialny i namacalny, nie były potrzebne takie znaki.

Czego znakiem jest sakrament spowiedzi?

o. T. Grabowski OP: Odpuszczenia grzechów, czyli de facto przywróceniem w nas łaski uświęcającej, a – mówiąc prościej – miłości Boga. Jeśli ktoś grzeszy, odwraca się od tej miłości i pokazuje, że dla niego Bóg nie jest Bogiem. Konkretna dziedzina mojego życia nie jest poddana Najwyższemu. Spowiedź przywraca właściwy stan rzeczy: cały – ze wszystkim, co mnie stanowi – należę do Boga. ks. K. Porosło: Wiele biblijnych tekstów pokazuje, że grzech jest czymś, co nas zabija (por. Rz 6, 23). Można więc powiedzieć, że spowiedź przywraca życie.

Niewielu z nas chyba tak myśli…

o. T. Grabowski OP: Często odnoszę wrażenie, że przed świętami ludzie przychodzą do spowiedzi, gdy mają już posprzątane mieszkanie, ubraną choinkę czy upieczoną babkę świąteczną – w zależności od sezonu. Wiedzą, że będą siedzieli przy stole z bliskimi i chcą mieć czyste sumienie. To sporo, ale nie wszystko.

Często spowiedź traktuje się jak coś, co ma pomóc rozprawić się z przeszłością, uwolnić od ciężaru poczucia winy. Tymczasem sakrament pojednania i pokuty ma pozwolić mi na nowo w pełni żyć. To nie jest tylko oczyszczenie, ale przywrócenie życia w perspektywie Bożej miłości.

Dobrą analogią są tu relacje międzyludzkie. Jeśli kogoś skrzywdziłem, proszę go o przebaczenie. Nie robię tego wyłącznie po to, żeby się dobrze poczuć, ale po to, żeby móc z tym człowiekiem dalej żyć w przyjaźni.

ks. K. Porosło: Myślę, że wielu ludzi przystępuje do sakramentu pokuty bez świadomości i pragnienia tego, co on sprawia. Spowiedź nie jest po to, żebyśmy się dobrze poczuli. Owszem, poprawa samopoczucia, może być jednym z owoców spowiedzi, ale najważniejsza jest relacja z Bogiem i fakt, że to On odpuszcza grzechy, odbudowuje więź przyjaźni z nami.

Czy nie jest tak, że Bóg – inaczej niż ludzie – przebacza, zanim ktoś Go o to przebaczenie poprosi…

o. T. Grabowski OP: Pan Bóg nie traktuje nas jak niezdolnych do odpowiedzialności nieświadomych półgłówków. To prawda, że ofiara Chrystusa na krzyżu ma moc odpuszczenia każdej winy. On odkupił wszystkich przez swoją śmierć. Dlatego żaden grzech popełniony w przeszłości i przyszłości nie jest definitywnym powodem do potępienia człowieka. Jednak to, czy z tego odkupienia skorzystam, czy nie, zależy ode mnie. Nie wiem, czy Bóg przebacza przed grzechem, czy po grzechu. Wiem, że odkupił mnie przez śmierć swojego Syna, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Ale skorzystać z odkupienia, a więc z Bożego przebaczenia, mogę wyłącznie wobec faktu swojego grzechu. Na poważnie, odpowiedzialnie i świadomie.

ks. K. Porosło: Zbawienia nie dostajemy z automatu – to by uderzało w wolność człowieka. Bóg, stwarzając nas wolnymi, zdecydował się na ryzyko i uszanuje decyzję kogoś, kto w swojej wolności będzie chciał Go ostatecznie odrzucić.

Czy da się powiedzieć, co się dzieje w człowieku podczas rozgrzeszenia?

ks. K. Porosło: Nie wszyscy lubią to sformułowanie, ale ono oddaje to, co się dzieje podczas spowiedzi: „moc odkupienia i śmierć na krzyżu działa we mnie, na moje grzechy”. Odkupienie dokonało się wcześniej, ale dziś moc płynąca z tego wydarzenia, jest – powiedzmy technicznie – aplikowana. Tak naprawdę, decyzja mojej woli dopuszcza do działania Boga we mnie. To jest zresztą podstawowy motyw Pawłowy – miłosierdzie zostało nam okazanie wcześniej, nie wtedy, kiedy się nawróciliśmy, ale wtedy, kiedy byliśmy grzesznikami (por. Rz 5, 8). Przebaczono nam już wtedy, kiedy na to nie zasługiwaliśmy. Często wydaje nam się, że musimy zasłużyć na przebaczenie: upokorzyć się, przełamać wstyd, klęknąć, wyznać to, co chcielibyśmy zachować dla siebie; i za ten cały trud, ksiądz w konfesjonale nagradza nas rozgrzeszeniem.

A przecież miłosierdzie zostało mi udzielone dużo wcześniej, zanim zdecydowałem się zmienić i poprawić, kiedy w żaden sposób na to nie zasługiwałem.

o. T. Grabowski OP: Bóg okazał miłosierdzie zanim zdążyłem się narodzić, ale czy przystępując do sakramentu pokuty mamy świadomość, jaka była cena tego przebaczenia? Wydaje mi się, że często mówimy o miłosierdziu, jak o czymś oczywistym, jakby Bóg wymazał nasze grzechy gumką myszką…Nie! W spowiedzi staję wobec Tego, który za mnie oddał życie. Staję przed Nim jako winowajca. Przyznaję się do grzechów i chcę miłosierdzia od Tego, który został zabity….. Miłosierdzie jest okupione krwią, ktoś musiał umrzeć, żebym mógł doświadczyć pełni życia. I teraz proszę Chrystusa, który umarł zamiast mnie, żeby udzielił mi łaski życia. Każdy musi się zastanowić, czy pamięta o tym przychodząc do konfesjonału, czy po prostu chce mieć spokojne święta i czyste sumienie.

W takim razie przykazanie kościelne: „przynajmniej raz w roku spowiadać się” chyba nie pomaga w lepszym rozumieniu istoty spowiedzi?

o. T. Grabowski: Przykazanie wyznacza granicę obojętności. Nie jest istotne pytanie, kiedy się ostatni raz spowiadałeś, ale kiedy ostatni raz przyjąłeś Komunię św. Jeżeli ktoś był w spowiedzi na Wielkanoc, przyjął Komunię, a potem do grudnia ani razu w pełni nie uczestniczył w Mszy św., to nie wypełnia polecenia Jezusa: „czyńcie to na Moją pamiątkę”. Tu leży problem. Gdy zaczynamy myśleć o relacji z kimkolwiek tylko i wyłącznie na płaszczyźnie wypełniania przepisów prawa, to wtedy przestaje to być relacja miłości. Przykazanie ma nas obronić przed tym, żeby relacji z Bogiem całkiem nie zaniedbać. A to, żeby nie przypominała relacji z urzędem skarbowym, gdzie PIT składa się raz na rok – to już jest nasze zadanie.



Może warto sobie ustalić, że regularnie, np. co miesiąc albo co dwa, będę chodzić do spowiedzi?

o. T. Grabowski OP: Ja bym sobie ustalił coś innego. Wybrałbym sobie porę robienia rachunku sumienia i nie raz na miesiąc, tylko przynajmniej dwa, trzy razy na tydzień, żeby przemyśleć tyle wydarzeń, ile ogarniam pamięcią…

A jaki rachunek sumienia robić? Jest wiele propozycji…

o. T. Grabowski OP: Ja jestem zwolennikiem szkoły ignacjańskiej.

Podczas rachunku sumienia nie myślę tylko o przykazaniach, ale też o wydarzeniach mojego dnia: czy one były dobre, czy złe, czy mogę za nie podziękować, czy mam przeprosić, i jaki był motyw mojego działania. W ten sposób uczę się głębiej myśleć o swoim postępowaniu: dlaczego zrobiłem to i to. Dlaczego pomogłem tej pani przejść przez ulicę? Bo zdenerwował mnie dzieciak, który tego nie zrobił, czy faktycznie chciałem jej pomóc? Dlaczego zareagowałem złością? Czy dlatego, że od rana miałem serię wydarzeń, które wzbudziły we mnie napięcie, czy dlatego, że chciałem komuś dokopać? To pozwala zobaczyć, które grzechy są lekkie, które ciężkie, i czy moje grzechy lekkie nie składają się na jakąś mocną wadę, nad którą powinienem pracować i prosić o oczyszczenie z niej w sakramencie pojednania. Często się mówi, że emocje nie podlegają ocenie moralnej, ale – nie zawsze się dodaje, że kształtowanie swoich emocji już tak. Jeśli nie pracuję nad swoimi emocjami, to skazuję się na to, że będę wybuchowy czy smutny cały czas.

ks. K. Porosło: To jest ważna sprawa, bo najczęściej wyznanie grzechów sprowadza się do wyliczenia rzeczy, które zrobiłem, i rzadko kiedy ktoś szuka przyczyn, dlaczego tak a nie inaczej postąpił. Po sposobie spowiadania się widzę, z kim mam do czynienia: jeśli ktoś zaczyna mówić o motywach działania, to mam świadomość, że ta spowiedź będzie na zupełnie innym poziomie. Ale to są rzadkie przypadki…

Co potrzebne jest, żeby spowiedź była ważna ?

o. T. Grabowski OP: Wypełnienie pięciu warunków spowiedzi.

To od strony penitenta, a od strony szafarza?

ks. K. Porosło: Formuła rozgrzeszenia, ważne święcenia i jeszcze jurysdykcja…

o. T. Grabowski OP: Jeżeli chodzi o formułę rozgrzeszenia, to wystarczą słowa: „Ja odpuszczam tobie grzechy, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” połączone z aktualną intencją odpuszczenia grzechów. To jest coś, o czym się często zapomina: żeby ksiądz ważnie odpuścił grzechy, musi mieć tzw. intencję aktualną.

Często myślimy, że skoro ktoś spowiada, to niemal automatycznie wypowiada formułę rozgrzeszenia. Atak nie jest. Spowiednik musi chcieć rozgrzeszyć z tych konkretnych grzechów, które usłyszał.

Spowiadając i rozgrzeszając, zdaję sobie sprawę, że odpuszczam tę konkretną zdradę, to kłamstwo, a nie jakieś tam teoretyczne grzechy. W pewien sposób stawiam się na miejscu każdego kolejnego penitenta. Drugim koniecznym warunkiem od strony spowiednika są ważne święcenia, a trzecim -jurysdykcja, czyli władza odpuszczania grzechów udzielona przez biskupa.

Może to Ojciec dokładniej wyjaśnić?

o. T. Grabowski OP: To kwestia prawna. Po zdaniu specjalnego egzaminu (zwanego jurysdykcyjnym) nowo wyświęcony kapłan dostaje pozwolenie na sprawowanie sakramentu spowiedzi na danym terenie. Czasem jest tak, że niektórzy wierni są wyjęci spod tej jurysdykcji na podstawie innego prawa. Biskupi w USA ustalili na przykład, że w Stanach nie można spowiadać, jeśli się nie ma tego pozwolenia potwierdzonego przez tamtejszego biskupa. Podobnie jest w Rzymie – rzymian można spowiadać, jeśli się ma potwierdzoną jurysdykcję przez władze Watykanu, bo ta ogólna, którą dostajemy, nie wystarcza.

Czy to prawo do odpuszczania grzechów jest dożywotnie?

ks. K. Porosło: Moje mam na rok, potem dostaję na następny rok i na kolejny…

o. T. Grabowski OP: W naszym zakonie dostajemy tzw. jurysdykcję ogólną, a kolejne egzaminy są po to, żeby można było ją ewentualnie odebrać.

Jurysdykcja dotyczy też tego, że nie wszystkie grzechy można tak od razu odpuścić. Niektóre grzechy są połączone z karami kościelnymi, które najpierw trzeba zdjąć z penitenta, żeby móc ów grzech odpuścić. Księża powinni wiedzieć, które kary mogą zdjąć sami, a które są zarezerwowane dla kogo i co zrobić, kiedy w konfesjonale spotkają się z takimi przypadkami.

Na przykład?

o. T. Grabowski OP: Jeśli ktoś przyjdzie do księdza, i powie, że sprofanował Najświętszy Sakrament, to kapłan nie może odpuścić tego grzechu. Trzeba przejść odpowiednią procedurę.

Wróćmy jeszcze do warunków, które musi spełnić penitent, żeby spowiedź była ważna…

o. T. Grabowski OP: Oczywista jest konieczność szczerego wyznania grzechów – ale to jest dopiero czwarty warunek. Wcześniej trzeba zrobić rachunek sumienia i żałować za grzechy, które w tym rachunku rozeznałem. Pamiętajmy, że żal nie jest stanem emocjonalnym, ale aktem woli i jasnym stwierdzeniem, że nie utożsamiam się z tym złem i nie godzę się na nie w moim życiu. Mogę żałować za grzechy w sposób doskonały, z miłości do Pana Boga, i niedoskonały – z lęku, że pójdę do piekła, lub z obrzydzenia do grzechu. Ten drugi żal też jest wystarczający.

ks. K. Porosło: Ludzie często mają wątpliwości związane z żalem za grzechy, bo pewnych rzeczy nie żałują… Nie wchodząc w całe skomplikowanie spowiedzi z in vitro, można zobaczyć na czym polega ta wątpliwość. Matka, która urodzi dziecko, na które tak długo czekała, nie może tego żałować. Nie chodzi o to, że „żałuję, że mam dziecko”. Problem jest w czynie, w decyzji poczęcia za pomocą tej metody. Postanowienie poprawy związane jest z decyzją, że nie zdecyduję się na kolejne dziecko korzystając z tej metody…

o. T. Grabowski OP: Albo bardziej banalny przykład: nie żałuję przyjemności z powodu tego, że się objadłem, ale żałuję tego, że postąpiłem wbrew oczekiwaniom Pana Boga. Żałuję tego, że Go zawiodłem, a nie tego, że zjadłem za dużo smacznych rzeczy. Trzeci warunek spowiedzi – postanowienie poprawy – też nie zawsze jest dobrze rozumiany. Nie tyle chodzi tu o obietnicę zmiany życia, co o konkretne działanie, by zmienić życie. Zdarza się, że ludzie obiecują Panu Bogu niestworzone rzeczy, a chodzi tylko o jedno: żeby tego grzechu unikać z wszystkich sił i żeby działać przeciwko swoim wadom. Potem, po szczerej spowiedzi, zostaje nam tylko naprawić wyrządzone zło.

W sakramentach mamy różne znaki: przy chrzcie – woda, przy bierzmowaniu – oleje. A w sakramencie pokuty?

ks. K. Porosło: Przy formule rozgrzeszenia czyni się znak krzyża – to jest znak sakramentalny. Jest nim również gest wyciągniętej nad penitentem dłoni, który niestety rzadko występuje.

o. T. Grabowski OP: Ów gest wyciągniętej jednej albo dwóch dłoni powinien być obecny przy wypowiadaniu formuły rozgrzeszenia. W konfesjonale nie jest to proste. Jak widać, tych znaków w trakcie spowiedzi jest niewiele. Gdy Pan Jezus odpuszczał grzechy. też ograniczał się do słów: „Idź i nie grzesz więcej”, „ja ciebie nie potępiam”, „twoje grzechy są ci odpuszczone”, dopiero gdy ludzie domagali się znaków – dawał je, jak wtedy, gdy rzekł do paralityka: „wstań i idź”. Mnie cieszy, że nie muszę wykonywać skomplikowanych czynności, aby udzielić odpuszczenia grzechów. Ksiądz nie musi posypywać penitenta solą, tańczyć wokół niego i wypowiadać skomplikowane formuły. Można w tym widzieć dyskrecję Pana Boga i pośpiech – zróbmy to jak najsprawniej, jak najszybciej przywróćmy tego człowieka do jedności. Żeby to docenić wystarczy poczytać, jak rozbudowane były rytuały oczyszczenia w Starym Prawie. W sakramencie pokuty najważniejsze są słowa, w których powołujemy się na dzieło zbawienia dokonane przez Boga Trójjedynego. Oprócz nich, ważny jest znak wyciągniętej ręki Bożego miłosierdzia i znak krzyża – narzędzia naszego odkupienia.

Zaczęliśmy od pytania o strach przed spowiedzią, a czy można powiedzieć, że mamy kryzys spowiedzi?

o. T. Grabowski OP: Nie widzę takiego kryzysu. Kościół w Polsce żyje dzięki spowiedzi. Dzięki temu, że ludzie cały czas przychodzą prosić o rozgrzeszenie. Oczywiście w różnym stylu, z mniejszą lub większą świadomością religijną, ale cały czas chcą być pojednani z Bogiem.

ks. K. Porosło: Rozmawiałem niedawno z kapłanem z 55-letnim stażem, który twierdzi, że największym dziełem duszpastersko-ewangelizacyjnym jest spowiedź. On sam był zaangażowany w masę działań i akcji ewangelizacyjnych, a mówi, że najważniejszy w tym wszystkim jest sakrament pokuty. W parafii często spowiada się ludzi starszych i w wielu przypadkach mam świadomość, że są to ludzie święci… Z drugiej strony przeraża często zupełna nieświadomość i sprowadzanie grzechów do zapomnianego paciorka i kłótni. Zdarza się też, że ktoś przychodzi i mówi, że chyba nie ma żadnego grzechu, ale za te, których nie pamięta, a może popełnił -bardzo żałuje. I wtedy nie bardzo wiadomo, co zrobić.

o. T. Grabowski OP: „Stary umarł, sama jestem, nie mam grzechów”. „To po co pani przyszła?” – pyta spowiednik. „No się przecież wyspowiadać trzeba raz w miesiącu”.

ks. K. Porosło: Albo inaczej: „Ostatnio spowiadałam się na Wielkanoc. Codziennie chodzę do kościoła, grzechów nie mam”.

Zanika poczucie grzechu?

o. T. Grabowski OP: Unikałbym pojęcia „poczucie grzechu”, tu chodzi o świadomość.

Mogę mieć poczucie, że mam brudny habit, ale muszę mieć świadomość, że jest brudny i faktycznie trzeba go włożyć do pralki. To są dwie różne rzeczy. Ludzie nie chodzą do spowiedzi, bo mówią „nie czułem, że muszę”, albo – z tego samego powodu – chodzą zbyt często. A ja się nie pytam, czy ty odczuwasz potrzebę, tylko czy ty tego realnie potrzebujesz.

Czy kiedyś będzie możliwa spowiedź na odległość?

o. T. Grabowski OP: Nie ma i nie będzie takiej możliwości, przede wszystkim dlatego, że sakrament dotyczy relacji między mną a Bogiem, która musi zaistnieć w realnym – nie wirtualnym spotkaniu.

Były takie dramatyczne historie, że ludzie więzieni w obozach niemieckich czy łagrach chcieli się wyspowiadać listownie. Ktoś pisał do spowiednika, spowiednik mu odpuszczał grzechy – również na papierze, a potem się okazywało, że, no niestety, odpuszczenia nie było. Jest też druga strona. W filmie „Purpura i czerń” Gregory Peck gra księdza, który przyszedł w przebraniu do swojego przyjaciela, też księdza, więzionego przez gestapo: „Może cię wyspowiadam?” – zapytał. „Nie, ja już się wyspowiadałem” i wskazał na nakreślony kredą na ścianie krzyżyk. W sytuacji śmierci, zagrożenia życia, niemożności, Pan Bóg sobie radzi. To znaczy pozwala, by wyznać grzechy przed Nim lub przed kimkolwiek. Możemy mieć wówczas nadzieję, że takie wyznanie ma skutek sakramentalny.

Czyli teoretycznie, gdybyśmy byli pewni, że jesteśmy w stanie żalu doskonałego, to spowiedź byłaby niepotrzebna?

o. T. Grabowski OP: Teoretycznie tak, natomiast praktycznie zaleca się w takiej sytuacji skorzystanie ze spowiedzi sakramentalnej. Nawet po spowiedzi nie mam pewności, że mój żal był doskonały, że byłem we wszystkim szczery, że realnie postanowiłem poprawę. Mimo to, jak mówiliśmy, sakrament daje nam pewność działania łaski. Wobec tego mam pewność nadziei na Boże miłosierdzie.

List

Advertisement
Dodaj Komentarz

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Duchowość

Matko Dziewicza Matko Nienaruszona

s. Anna Maria Pudełko AP

DODANE

/

Matko Dziewicza Matko Nienaruszona

To my, kobiety wyznaczamy granice i pokazujemy jak chcemy być traktowane – mówi s. Anna Maria Pudełko AP

Litania to zbiór komplementów. Chcesz wiedzieć co oznaczają? Oglądaj majowy cykl “Taka jak Ty!” w którym Siostra Anna Maria Pudełko AP codziennie, przez cały maj będzie przybliżać nam znaczenie Litanii Loretańskiej.

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Jak nie usnąć przy odmawianiu różańca?

Daniel Wojda SJ

DODANE

/

Jak nie usnąć przy odmawianiu różańca

Kiedy odmawiasz różaniec w pewnym momencie zasypiasz? Rozpraszasz się? Nie wiesz, o czym myśleć na nim? Wszyscy święci mówili, że różaniec to jest wielka siła, że szatan boi się różańca – a tobie to nie idzie? Jeśli tak – posłuchaj!

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Matko Nieskalana

s. Anna Maria Pudełko AP

DODANE

/

Matko Nieskalana

Im bardziej będziemy zasłuchane w głębię naszego serca, tym bardziej staniemy się kobietami spójnymi. Nasze myśli będą odpowiadały naszym czynom, a nasze uczucia będą zgodne z naszymi myślami.

Litania to zbiór komplementów. Chcesz wiedzieć co oznaczają? Oglądaj majowy cykl “Taka jak Ty!” w którym Siostra Anna Maria Pudełko AP codziennie, przez cały maj będzie przybliżać nam znaczenie Litanii Loretańskiej.

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

To nie są objawienia!

Jacek Bolewski SJ

DODANE

/

To nie są objawienia
TimMossholder/unsplash.com

Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawił przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie – o ukazywaniu się Maryi z o. Jackiem Bolewskim jezuitą, teologiem i mariologiem, rozmawia Marta Wielek.

Ojcze, czy Maryja rzeczywiście przychodzi do widzących, czy też to tylko Jej obraz w ich wyobraźni?

Maryja oczywiście jest realnie doświadczana. Nie można jednak powiedzieć, że „przychodzi” w tym sensie, że wcześniej Jej nie było, a teraz jest. W momencie jawienia widzący doświadczają Jej obecności, jest przez nich widziana i słyszana. Jednak to doświadczanie wynika z pobudzenia ich umysłu, zmysłów. Nie należy sobie wyobrażać jawień maryjnych jako zjawiska wyłącznie obiektywnego, choćby w taki sposób, że wszyscy, niezależnie od wiary lub niewiary, mogliby je zobaczyć. Na przykład podczas jawień w Lourdes tylko Bernadetta widziała Matkę Bożą. Inni, którzy byli świadkami tego fenomenu, widzieli zachowanie Bernadetty wskazujące na jakieś doświadczenie, ale nie widzieli postaci Maryi.

To dlatego widzący opisują Maryję tak rozmaicie?

Właśnie. Jawienie zawiera w sobie element obiektywny i subiektywny. Jest w nim rzeczywiście działanie Matki Bożej i Jej obecność, ale są one przystosowane do osoby, której Ona się ukazuje. Dlatego w relacjach o jawieniach czytamy, że czasem Maryja ma skórę jasną, czasem ciemną i mówi różnymi językami.

Używa Ojciec słowa „jawienia” Maryi…

To nie jest określenie powszechnie uznane. Uważam jednak, że istnieje potrzeba odróżnienia fenomenów maryjnych, należących do tzw. objawień prywatnych, nie tylko od objawienia publicznego, ale także od ukazywania się Jezusa po Zmartwychwstaniu.

Czym się różni objawienie prywatne od publicznego?

Objawienie publiczne obejmuje słowa, które Bóg przekazywał przez proroków, aż do objawienia się w pełni przez Jezusa i Ducha Świętego, działającego przez Apostołów. Kościół wierzy, że Objawienie (publiczne) zostało zakończone wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów. Wszystkie późniejsze objawienia to objawienia prywatne. Kiedy więc Szaweł doświadczył spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem pod Damaszkiem, zjawienie to należało do Objawienia. Kiedy jednak Jezus objawiał się później świętym, na przykład siostrze Faustynie, było to już objawienie prywatne, chociaż ukazywał się ten sam zmartwychwstały Chrystus. Są więc takie ukazania się Jezusa, które do Objawienia należą, i takie, które nie należą. Aby nie było wątpliwości, proponuję słowo „Objawienie” zarezerwować tylko dla objawienia publicznego, a wszelkie wizje Jezusa nazywać zjawieniami.

W przypadku Maryi lepiej byłoby użyć jeszcze innego słowa, bo wszystkie Jej ukazania się są poza Objawieniem. Możemy je nazwać na przykład „jawieniami”. Używając tego określenia, zamiast „objawienia prywatne”, unikamy skojarzenia z tym, że w fenomenach maryjnych mamy do czynienia z „objawieniem”, czyli odsłonięciem tego, co wcześniej było niejawne, zakryte.

Maryja niczego nie objawia?

W sensie ścisłym – nie. Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawił przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie.

Więc dlaczego Maryja przychodzi?

Jezus zapowiedział swoim uczniom, że Duch Święty doprowadzi ich do pełni prawdy, pomoże im odkryć i zrozumieć, co Bóg chciał powiedzieć o Sobie przez Jezusa. Można by zapytać: czy cała ta prawda została odkryta przez chrześcijan wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów? Raczej nie, gdyż to by znaczyło, że dalszy rozwój Kościoła nie jest potrzebny. Ten sam Duch, który przemawiał przez proroków i objawił się w Osobie Chrystusa, udziela się teraz każdemu człowiekowi w tym, co nazywa się łaską uświęcającą. To jest ten sam Duch Święty, tylko przyjmuje różne postacie. On udziela się także w jawieniach Maryi. Dzięki Niemu Bóg dopełnia tego, co powiedział o Sobie w Objawieniu. To jest tak, jak z otrzymaniem od kogoś książki: z samego faktu posiadania wcale nie wynika, że znamy jej zawartość. Wcielenie Jezusa to więcej niż ofiarowanie nam takiej książki o Bogu: to Wydarzenie dokonane „za sprawą Ducha Świętego”. Dlatego trzeba pomocy tego Ducha, by stopniowo rozpoznawać objawioną w nim „pełnię czasu”.

Czyli to Pan Bóg posyła Maryję do nas, Ona nie przychodzi z własnej inicjatywy?

Nie należy za bardzo dociekać, co Pan Bóg robi tam, gdzie my tego nie widzimy. Trzeba się oprzeć na fundamencie Ewangelii, a tam czytamy, że Pan Bóg – ściślej mówiąc Syn Boży – daje nam Maryję za Matkę. To zadanie nie było pomyślane tylko na ziemskie życie Maryi, ale na całe dzieje Kościoła. Dlatego nie potrzeba dodatkowej inicjatywy Boga. Wystarczyło polecenie Chrystusa z Krzyża, czyniące z ucznia Jezusa Jej syna, by poczuwała się do macierzyńskiej troski o wszystkie dzieci Boże. Nie mówiłbym o inicjatywie Maryi, ale o Jej wrażliwości na potrzeby ludzkie. Ona jest tak po ludzku wrażliwa i dlatego przez Nią łaska może łatwiej „przebić się” do ludzi.

A inni święci?

Maryja uczestniczy w rzeczywistości Świętych Obcowania i wcale nie ma „monopolu” na działanie „po naszej stronie”. Jej szczególna rola ma jednak dwa powody. Po pierwsze, była bardzo ściśle związana z Objawieniem Jezusa. Po drugie, na przykładzie Maryi doskonale widać, jak stopniowo rozpoznawane jest Objawienie. Widoczne to jest już w lekturze kolejnych Ewangelii. Najstarsza, Ewangelia św. Marka, bardzo niewiele uwagi poświęca Maryi. U Mateusza, a potem Łukasza, gdzie została dołączona Ewangelia dzieciństwa, Jej rola już jest wyraźnie ukazana. Ale najgłębiej udział Maryi w dziele Odkupienia przedstawia Ewangelia św. Jana.

Czyli już w Nowym Testamencie mamy pewną ewolucję, ale ta ewolucja nie skończyła się z zamknięciem Objawienia. W przypadku Maryi pojawiły się dogmaty, które Kościół także uważa za Objawienie. Bo przecież nie chodzi tu o prywatne wizje dane papieżowi, który konkretny dogmat ogłasza. Jest to Objawienie zawarte w Piśmie Świętym – wydobywane z Tradycji, wymagające argumentacji teologicznej – dopełniającej to, czego w Piśmie Świętym w wyraźnej postaci nie ma. Nie ma na przykład wzmianki o Niepokalanym Poczęciu czy Wniebowzięciu Maryi. Do tych prawd Kościół doszedł na podstawie całości Pisma Świętego, interpretowanego w świetle Tradycji.

To stopniowe odkrywanie roli Maryi widoczne jest chyba także w tym, jak na przestrzeni wieków zmieniał się sposób Jej jawienia. Przez piętnaście stuleci Maryja pojawiała się wyłącznie w towarzystwie Jezusa lub Apostołów, a Jej przekaz miał charakter bardzo indywidualny. Dopiero podczas jawienia w Guadalupe, w 1531 r., Maryja przyszła sama, i to z orędziem skierowanym do jakiejś społeczności.

Widocznie wcześniej nie było potrzeby, żeby Jej słowa były kierowane do całego Kościoła. Wystarczały te środki, które Kościół już posiadał. Ewangelizacja w Nowym Świecie, choćby w Meksyku, była jednak nowym zjawiskiem w historii Kościoła. Tam nastąpiła dosyć dramatyczna sytuacja, bo głoszono chrześcijaństwo przy użyciu przemocy. Właściwie można mówić o podboju kultury indiańskiej przez europejską. Maryja stanęła po stronie miejscowej kultury, żeby ułatwić Indianom przyjęcie chrześcijaństwa w postaci bardziej rodzimej niż europejscy misjonarze byli zdolni im przekazać.

Według mnie, przyczyną, dla której w późniejszym czasie jawienia kierowane były do większej liczby ludzi, jest czynnik kulturowy, pojmowany jako „znak czasu”.

Czy fakt, że od XIX w. notujemy tak wiele jawień maryjnych, wynika z dużej dostępności informacji, czy też z tego, że wzrasta częstotliwość jawień?

Byłbym ostrożny w mówieniu, że jawień jest więcej. To, że w XIX w. nabrały one takiej wagi, wiąże się z sytuacją kulturową, która nie sprzyjała chrześcijaństwu. Rewolucja naukowa i przemysłowa powodowała raczej odchodzenie od chrześcijaństwa i może dlatego troska Matki Bożej o to, by przybliżyć ludziom korzenie chrześcijaństwa, była większa.

A może Maryja chce nas przygotować na koniec świata?

Najgłębszym wątkiem teologicznym najważniejszych jawień maryjnych, poczynając od Cudownego Medalika, przez Lourdes po Fatimę, jest tajemnica Niepokalanego Poczęcia. Na Medaliku czytamy: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta…”; w Lourdes Matka Boża powiedziała o sobie: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”; w Fatimie wskazuje, że Jej „Niepokalane Serce na końcu zwycięży”.

Uważam, że jest jakiś głębszy zamysł Boży w tym, że o ile przy pierwszym przyjściu Jezusa tajemnica Niepokalanego Poczęcia była ukryta, to pełniejsze jej wydobycie i zgłębianie – także przez jawienia maryjne – ma przygotować ludzkość na powtórne przyjście Chrystusa. Nie znaczy to jednak, że koniec świata jest bliski.

Dlaczego dogmat o Niepokalanym Poczęciu ma mieć tak wielkie znaczenie dla naszej wiary?

Nie sam dogmat, nie fakt, że Maryja była poczęta bez grzechu pierworodnego jest ważny, tylko to, co się za nim kryje. Niepokalane Poczęcie to prawda o prymacie łaski, o zwycięstwie Boga nad grzechem.

Przyjrzyjmy się poszczególnym jawieniom. Na Cudownym Medaliku widzimy, jak przez Maryję przechodzi łaska obejmująca cały świat, zło jest pokonane, leży pod Jej stopami – a więc chodzi tu o zwycięstwo łaski nad złem. W Lourdes Maryja zaskakuje nas tajemniczym imieniem: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”. Nie mówi: „Jestem Niepokalana” albo „niepokalanie Poczęta”, a to oznacza, że jawi się tam coś więcej niż pojedyncza osoba ludzka. Wraz z Maryją ukazuje się tajemnica początku wszystkich ludzi w Bogu. Początkowy zamysł Boga to człowiek pełen łaski. W tej pełni łaski uczestniczy teraz Niepokalana. W naszym życiu ta rzeczywistość łaski jest przyciemniona, obciążona grzechem, ale jawienia Maryi wskazują, że ta pełnia ma w nas się objawić dzięki Odkupieniu. I to jest Dobra Nowina, z jaką Maryja do nas przychodzi.

Co jest zatem najważniejsze w orędziach maryjnych?

Właśnie przypomnienie, że Ewangelia jest Dobrą Nowiną, czyli świadectwem o tym, że łaska jest silniejsza od grzechu, że na końcu zwycięży miłosierdzie. Matka Boża, w obliczu różnych postaci zła, których doświadczamy, jawi się i przypomina o tej centralnej prawdzie Ewangelii.

Kościół nie potrzebuje uznania autentyczności jawień?

Kościołowi nie jest potrzebne nowe orędzie…

Trzeba jednak postępować według zasady sformułowanej przez św. Pawła: Wszystko badajcie, a co szlachetne — zachowujcie (1 Tes 5, 21), aby przez przesadną ostrożność nie zanegować Bożego działania.

Kościół rozumiemy tu najpierw jako lokalną wspólnotę, której pasterzem jest biskup, więc do niego ostatecznie należy podjęcie w tej sprawie odpowiednich kroków. Najczęściej zasięga on informacji o okolicznościach wydarzenia i przestrzega przed rozbudzaniem ciekawości. Potem powołuje specjalną komisję, której zleca przypatrzenie się tym fenomenom. Bardzo często biskupi poddają widzących próbom, aby sprawdzić ich posłuszeństwo wobec Kościoła: na przykład zakazują publicznych wypowiedzi. Jeżeli tego posłuszeństwa brakuje, stawia to pod znakiem zapytania autentyczność jawienia.

Ostatecznie Kościół może najwyżej powiedzieć, czy jest coś nadprzyrodzonego w badanych jawieniach, czy nie, ale może też stwierdzić tylko, że nie ma w nich nic sprzecznego z Objawieniem. Oceniając jawienia Kościół bada przede wszystkim to, co bezpośrednio odnosi się do Boga, nie są ważne elementy, które dotyczą świata doczesnego i jego przyszłości. Także Osoba Maryi nie jest najważniejsza, liczy się raczej to, co w Jej postaci i słowach odnosi się do tajemnicy samego Boga. Ważnym kryterium autentyczności są potwierdzone cuda: np. lekarze stwierdzają, że nie da się wyjaśnić jakiegoś uzdrowienia środkami, którymi dysponuje medycyna.

Proces oceny jawień trwa bardzo długo. W jaki sposób człowiek wierzący powinien odnosić się do jawienia, w którym Kościół nie stwierdził sprzeczności z Objawieniem, ale nie wydał jeszcze decyzji o jego autentyczności?

Powiedziałem, że Kościół nie potrzebuje nowych orędzi. Jest pytanie, czy wierzący tego potrzebują. Zalecałbym ostrożność. Ciekawość — tu można się zgodzić z przysłowiem — jest pierwszym stopniem do piekła. Działanie złego ducha naprawdę odwołuje się do ciekawości. Dlatego tam, gdzie chodzi o jakieś nadzwyczajne fenomeny, spektakularne i widowiskowe (np. coś się pokazuje na kominie, na szybach, w jakichś trudno dostępnych miejscach…) można często zauważyć jakieś niepokojące działania, służące podsyceniu ciekawości.

Jawienie tego nie potrzebuje, tu liczy się przede wszystkim wiara. Ewangelia pokazuje, że od wiary zależy, czy Bóg dokonuje cudów, czy też nie. Ufna postawa nie wymaga więc jakiś dodatkowych znaków czy nadzwyczajnych zjawisk. Jeśli Matka Boża gdzieś się pojawia, to nie jest to dla mnie wezwanie, żeby tam pojechać i szukać czegoś nowego albo – co gorsza – jechać w przekonaniu, że sam muszę doświadczyć czegoś podobnego. Szukanie znaków świadczy o braku wiary. Człowiek wierzący widzi działanie Boga nawet w zwyczajnych wydarzeniach, bo wszystko może być Jego znakiem.

A czy musimy wierzyć w uznane już jawienie?

Absolutnie nie. To, co jest potrzebne do wiary, mamy w Piśmie Świętym, a dodatkowo wyraża to Wyznanie Wiary, Katechizm, dogmaty. Kościół nigdy nie zobowiązywał do wiary w jakieś szczególne wizje czy orędzia maryjne; jest to sprawa prywatna. Można też preferować jakieś miejsca, czy pewien typ jawień maryjnych. Mnie na przykład bardzo bliskie pod względem teologicznym są: Lourdes, Fatima i Rue du Bac.

A jeśli Matka Boża przychodzi z naglącym orędziem, wezwaniem do nawrócenia i pokuty, to można go – bez wyrzutów sumienia – nie podjąć?

Pan Jezus nie tylko budził wyrzuty sumienia. Głoszenie Ewangelii to wezwanie do nawrócenia, bo Bóg jest blisko. To wołanie: „Otwórzcie oczy na to, co się wokół was dzieje”. Pan Jezus, owszem, czynił wyrzuty ludziom, którzy mimo ewidentnych znaków Go odrzucali. Można powiedzieć, że tam, gdzie w orędziach Maryi pojawia się wyrzut, jest on echem tego właśnie wyrzutu Chrystusa. Maryja nie mówi nic nowego, tylko pokazuje, że tam, gdzie brakuje nawrócenia, będą groźne konsekwencje. W Fatimie na przykład była zapowiedź wojny, bolesnych wydarzeń w Rosji…



Ma pani prawo nie przyjąć orędzia z Fatimy czy z Lourdes, ale jako osoba wierząca nie powinna pani odrzucać orędzia Ewangelii, które mówi: „Nawracajcie się, bliskie jest Boże królowanie”. To wezwanie jest czymś więcej niż tylko czynieniem wyrzutów.

A co z tymi, którzy uwierzą w fałszywe jawienia i trwają w tej wierze nawet wtedy, gdy Kościół oficjalnie tego zabrania?

To jest właśnie cena ciekawości albo szukania nadzwyczajności w religii… Jeżeli ci ludzie działają w dobrej wierze, to trudno mówić o ich moralnej winie, to jest raczej zaślepienie. Ciągle spotykamy się z osobami, do których nie trafiają żadne argumenty, choć z zewnątrz widać, że to, o czym oni są przekonani, nie może być prawdą. Tu adekwatne są słowa Chrystusa, wypowiedziane na Krzyżu: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34). Oczywiście, trzeba pytać, skąd się takie zaślepienie wzięło. Często jest to naiwność i brak dojrzałości wiary.

Jednak wielu z tych ludzi bardzo silnie utożsamia się z Kościołem…

Dlatego Kościół, w swoim duszpasterskim nastawieniu, uważa, że nie należy „wylewać dziecka z kąpielą”. Jeśli na przykład na miejscu nie aprobowanych jawień powstał – ogromnym nakładem środków wierzących – kościół, to nie można go tak po prostu zamknąć. Prowadzenie ludzi, którzy nie do końca potrafią zaakceptować czasem trudną prawdę, wymaga od duszpasterzy dużej mądrości i wyrozumiałej postawy.

Czy duże zainteresowanie jawieniami maryjnymi, nawet tymi uznanymi, nie wypacza obrazu Pana Boga i nie spycha Go na drugie miejsce?

Takie wrażenie może powstać u kogoś, kto patrzy na te zjawiska z zewnątrz. Jeżeli spojrzeć na jawienia głębiej, to widać, że Maryja nie skupia uwagi na sobie. Ona tylko świadczy o tajemnicy, która sięga poza Nią i która przez Nią przechodzi.

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że mamy skłonność bardziej koncentrować się na cechach Maryi jako Matki ludzi niż Matki Boga, a przecież to Boże Macierzyństwo jest powodem czci dla Niej.

Jeżeli łatwiej nam przyjąć, że Maryja jest naszą Matką, daje to szansę, żeby zrozumieć także, co to znaczy, że jest Matką Boga. Maryja na pierwszym miejscu jest Matką Chrystusa, ale naszą Matką nie jest dodatkowo, lecz w takiej mierze, w jakiej Jezus jest w nas obecny. Dlatego pragnie, aby obecność Jezusa w nas się powiększała. Jeżeli autentycznie łączymy się z Maryją, to Ona już zadba o to, żebyśmy się nie zatrzymali na Jej Osobie.

To dlaczego w Fatimie Maryja nie prosiła o nabożeństwo do Jezusa, tylko do swojego Niepokalanego Serca?

Niepokalane Serce Maryi jest najściślej związane z Sercem Jezusa. Ponadto, przekazane przez Maryję nabożeństwo wplata w tradycyjny różaniec modlitwę do Jezusa! Wzywamy Go po każdej dziesiątce, mówiąc: „O, mój Jezu, przebacz nam nasze winy…”.

Nie sądzę, że jeśli ktoś za dużo się modli do Maryi, to jest w tym jakieś niebezpieczeństwo. Oczywiście, trzeba zachować właściwe proporcje, ale my tak naprawdę nie wiemy, co się dzieje w ludziach modlących się w ten sposób. Jeśli przypisujemy im traktowanie Maryi jako bogini, a jest to tylko nasze patrzenie z zewnątrz, możemy być niesprawiedliwi.

Modlitwę maryjną rozumiem w ten sposób: modlę się do Jezusa w jedności z Maryją. Oto przykład najbardziej maryjnej modlitwy: „Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…”. Zaczynam modlitwę z Maryją, zwracam się do Niej, ale dochodząc do Imienia Jezus, razem z Maryją zatrzymuję się przy tym Imieniu. Maryja może więc wprowadzać do modlitwy imienia Jezus, której centrum jest Chrystus.

Co ciekawe, różne tradycyjne przedstawienia modlitwy pokazują modlącego się człowieka otoczonego przez Maryję, a w Jej centrum jest Jezus. My kontaktujemy się z tym Centrum przez modlitwę — Maryja jest Łonem, w którym możemy Jezusa spotkać głębiej.


List

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Lęki które paraliżują

o. Remigiusz Recław SJ

DODANE

/

Lęki które paraliżują

Powodem naszych lęków jest brak ufności w miłość. Lęk związany jest z brakiem zaufania do Boga. Na wszystko, czego się boimy jest jedno lekarstwo: zwrócenie oczu na Jezusa. Największą trucizną, którą sobie aplikujemy, jest obietnica łatwego szczęścia. Życie nie jest łatwe, ale trudy przynoszą szczęście. Największym tego świadectwem jest krzyż.

Kontynuuj Czytanie

NAJPOPULARNIEJSZE