Connect with us

o. Remigiusz Recław SJ

Niech przyjdzie Królestwo Boże do naszej samotności

Możemy przeżywać naszą samotności sami, to znaczy iść w kierunku depresji, czarnych myśli, niechęci do siebie, do świata, do innych, albo możemy naszą samotność, którą mamy, którą subiektywnie przeżywamy, bo obiektywnie może nie być samotnością, zjednoczyć z samotnością Jezusa.

Gdzie jest Bóg? Gdzie na ziemi jest Królestwo Boże? Otóż jest w nas. W tobie i we mnie. Przyglądając się Jezusowi na Drodze Krzyżowej będziemy odkrywać, obecność Boga w tym, co przeżywamy na co dzień. Dzięki rekolekcjom “Przyjdź Królestwo Twoje” nauczymy się szukać i znajdować Boga we wszystkim.

o. Remigiusz Recław SJ

To nie lęk jest moim Panem

To nie lęk jest moim Panem
Unsplash/StefanoPollio

Nie ma ludzi, którzy niczego się nie boją. Jeśli tak twierdzą, to znaczy, że boją się przyznać, że jest inaczej, lub brakuje im zdrowego rozsądku. Spotkanie z własnym lękiem może być w naszym życiu doświadczeniem Dobrej Nowiny, bo Bóg ma moc nas od niego uwolnić. On może wszystko! Nie zdarzyło się jeszcze, by ktoś, kto Mu zaufał – źle na tym wyszedł.

Uczucia i emocje są poza wartościowaniem moralnym, ponieważ nie są zależne od nas. Po prostu pojawiają się lub nie, a my nie mamy na to wpływu. Nie są też częścią naszej tożsamości, częścią nas samych. Dlatego nie trzeba się z nich spowiadać, a niestety wiele osób to robi. Zdarza się, że na pewnym etapie rozwoju duchowego trudno jest rozpoznać konkretny grzech, a do spowiedzi wypadałoby co jakiś czas chodzić, a wtedy o czymś mówić. Lepiej jest wówczas przyznać: „Boże, nie wiem co się ze mną dzieje, ale nie widzę grzechu w sobie”, niż spowiadać się z uczuć. Zdarza się też, że grzechy główne: zazdrość i gniew mylimy z uczuciami. Tymczasem to nie o nie chodzi, ale o naszą postawę i decyzje. Czy podtrzymuję te uczucia w sobie i idę za nimi? Czy czując do kogoś gniew, wchodzę także w złe myślenie o tej osobie, osądzanie, złorzeczenie? Czy przyjmuję wrogą i zamkniętą postawę wobec tej osoby? Z drugiej strony – czy pielęgnuję dobre i pozytywne uczucia? Na przykład, czy dbam, by mieć postawę zakochania w żonie lub mężu? Czy mówię jej komplementy albo czy doceniam jego starania? To nie zawsze jest łatwe, ale na tym właśnie polega praca nad sobą i odpowiedzialność za to, co się w nas dzieje.

Podobnie jest z lękiem. On nieraz jest dobry, ponieważ jest naszym naturalnym obrońcą. Lęk przed egzaminem skłania nas do intensywniejszej nauki, lęk przed wypadkiem – do wolniejszej jazdy, lęk o rodzinę – do lepszego dbania o nią. Jednak, kiedy lęk zaczyna nas paraliżować, sprawia, że przestajemy się rozwijać i przyjmujemy postawę zachowawczą. Dlatego jeśli czuję, że gdzieś w życiu zatrzymałem się i stoję w miejscu – dobrze postawić sobie pytanie, czy to nie lęk mnie zatrzymał. A jeśli mam tego świadomość, ale nic z tym nie robię – to wtedy grzeszę.

U źródła lęku tkwi brak zaufania Bogu i skoncentrowanie na sobie. Aby to przerwać – trzeba zwrócić się ku Miłości i na nowo spojrzeć na Jezusa. Jeśli tego nie robię i patrzę na siebie i mój lęk – to on staje się większy niż wszystko inne na świecie i zaczyna nade mną panować, mieć większą moc w moim sercu niż Bóg, a moja postawa czyni Go bezsilnym.

Nie jest łatwo wyjść z lęku. Apostołowie także tego doświadczyli – idąc za Jezusem, przestraszyli się krzyża. Mówiąc o lęku – dotykamy tajemnicy naszego życia, dlaczego poddając się mu, uciekamy przed wolą Boga – z jednej strony potrafimy być życzliwi, pomocni, dobrzy, z drugiej – potrafimy skrzywdzić człowieka. To jest tajemnica naszej słabości, z którą możemy jedynie stanąć przed Bogiem, przyznać się do niej i prosić o moc Ducha Świętego słowami: „Panie, ratuj!”. To są właśnie te sytuacje, gdy zwracamy wzrok na Boga, pokonując w ten sposób lęk.

Najgorsze są sytuacje, gdy lęk paraliżuje nas do tego stopnia, że nie możemy iść za Jezusem. Jest nam źle, czujemy się nieszczęśliwi, ale jest w nas niemoc, by uczynić krok do przodu. W skrajnych przypadkach poddajemy się lękowi na tyle, że to on zaczyna nas w życiu prowadzić. Prosty przykład: ktoś może bać się dentysty na tyle mocno, że nie leczy zębów, lub nie dba o zdrowie, bo boi się operacji. Tak też może być w posłudze we wspólnocie albo podczas realizacji powołania: ktoś może odczuwać tak silny lęk, że nie podejmie się żadnej posługi, choć jest do niej zapraszany, lub też nie zakłada rodziny, bo się boi, że nie podoła związanym z nią obowiązkom. To tworzy zamknięte koło: chcę realizować wolę Bożą, ale się boję.

Podobnie może się dziać w relacjach, szczególnie tych bliskich. W sytuacji, kiedy zostaniemy zranieni lub oszukani, bardzo trudno jest na nowo zaufać, a lęk przed tym zaczyna w tych relacjach rządzić: latami nie odzywam się do kogoś, unikam kontaktu lub rozdmuchuję emocje. Jednocześnie, gdy Bóg zaprasza do przebaczenia – mówię „nie”. I to nie chodzi o to, że człowiek nie chce przebaczyć, ale boi się to zrobić, czuje niemoc. Co wtedy zrobić? Jest jedna skuteczna metoda, o której już wspominałem: zwrócenie spojrzenia na Jezusa. I choć wydaje się to banalnie proste – nieraz okazuje się nie do wykonania.

Przykład? Spotkałem pewne małżeństwo. Mąż zdradził żonę. Chcieli się rozwieść. Przyszli o tym ze mną porozmawiać. Mąż okazywał trochę skruchy, ale żona był nieugięta w braku przebaczenia. Bardzo oburzyli się, kiedy powiedziałem im, że problem jest „standardowy”. Tak, bo jeśli w tej sytuacji spojrzą na Jezusa, a nie na siebie, to za tydzień będą się całować. Zaprosiłem ich na rekolekcje ignacjańskie. Odpowiadał im ten pomysł, ponieważ tam nie rozmawia się ze sobą. Przez pięć dni milczeli, prawie się nie widywali, siadali osobno. Kiedy rekolekcje się zakończyły, oni rzucili się sobie na szyję. Taki był owoc wpatrywania się w Jezusa. A przecież można było prowadzić długie walki ze sobą, rozważać argumenty za i przeciw, dyskutować. Jezus ustawił ich ponad tym.



Jako duszpasterz wspólnoty stosuję czasem metodę „wywoływania do tablicy”. Celowo „wyławiam” ludzi, o których wiem, że powinni się czegoś podjąć, ale nie robią tego, i nieoczekiwanie dla nich powierzam zadanie do wykonania. To sprawia, że człowiek, z zaufania do mnie, podejmuje to, o co go proszę, bo nie ma czasu się bać. Na przykład, gdy ktoś podchodzi do mnie i prosi o modlitwę wstawienniczą, to ja wyłapuję osoby, które nie posługują, choć powinny, i to właśnie im powierzam poprowadzenie takiej modlitwy.

Lęk sam w sobie nie jest tajemnicą. Tajemnicą jest człowiek, ja sam. Choć każdy z nas ma inną historię życia i inne doświadczenia, to sposób wchodzenia w lęk i życie nim jest u każdego powielany w podobny sposób. Zastanawiające jest to, że będąc tak blisko szczęścia i miłości – odwracamy się i szukamy innych możliwości. I choć kolejny raz się o coś rozbijamy, kaleczymy, to ciągle powielamy te same schematy działania. Tajemnicą jest, dlaczego tak właśnie robimy: jesteśmy tak blisko Jezusa, a jednocześnie tak daleko. W tym wszystkim jednak Bóg nas nigdy nie opuszcza.

W dzisiejszych czasach jest wielu ludzi zalęknionych, pytających o sens życia, mających jednocześnie ogromne poczucie jego bezsensu. Ludzi, którzy bez walki oddają swoje życie, bo uznają je za coś bezwartościowego, którzy nie chcą podejmować długoterminowych zobowiązań, wiązać się w jakikolwiek sposób. Są jednak i tacy, którzy oddają życie w walce o prawdę i miłość, oddają je za coś lub kogoś wartościowego. Życie oddane z powodu lęku – marnuje się, choć trud i zmaganie się jest podobne. Nie chodzi o to, by być w życiu czymś związanym, ale by pełnić wolę Bożą, która wymaga wierności i wytrwałości. A my mamy pokusę szybkiego szczęścia, bez trudu i wyrzeczeń, bez wysiłku. Szukamy wygranej w totolotka, idealnej żony, pracy – by wszystko było na pstryknięcie palcem. A konsekwencją takiego życia jest – lęk. Lęk przed krzyżem. Modlimy się do Jezusa, jednocześnie bojąc się, aby przypadkiem czegoś od nas nie wymagał.

Odzyskana wolność to jednocześnie zaproszenie do działania, w znaczeniu: czynienia miłości, bo na tym polega chrześcijaństwo. Ale nie działania według własnych pomysłów, ambicji, czy zachcianek, ale na wzór Jezusa i zgodnie z Jego wolą. On powiedział: „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9, 62). Gdy ktoś tak robi, zachowuje się jak kierowca, który, jadąc samochodem, odwraca się do tyłu, by z kimś porozmawiać. Bardzo łatwo wtedy zboczyć z trasy i rozbić samochód. My jesteśmy kuszeni podobnie – by odwracać głowę od Jezusa. A wtedy okazuje się, że bezwiednie idziemy już w zupełnie innym kierunku lub stoimy w miejscu. Pytamy wtedy: „Gdzie podział się Jezus? Odszedł ode mnie? Nie czuję Go”. A to nie On odszedł.

Wiele osób mówi mi: „Ojciec ma taką łatwość przemawiania”. A dziesięć lat temu, gdy byłem jeszcze na studiach, każda sytuacja, gdy musiałem stanąć przed grupą ludzi i do nich mówić, powodowała stres trudny do zniesienia. Lęk mnie paraliżował. Mówiłem często Bogu: „nie chcę tego robić”, ale to zwracanie się do Niego i zawierzanie tej sytuacji spowodowało, że uzyskałem wolność. To nie stało się od razu, dopiero po półtora roku, który był dla mnie czasem wewnętrznego zmagania. To też mi pokazało, że nie ma łatwego szczęścia, ale trzeba przejść przez pewien trud, by je osiągnąć. Teraz już nie mam takiego problemu.

Lęk powoduje także, że zawężamy nasze pragnienia i zadowalamy się minimum. Stwarzamy własny, alternatywny sposób na życie, który nie jest pełnieniem woli Bożej, ale ucieczką przed nią. Ulegam wtedy kłamstwu, że czegoś nie mogę zrobić, a Bóg zaprasza mnie do czegoś niemożliwego. A On nigdy nie daje człowiekowi zadania, którego ten nie mógłby zrealizować. Cała rzecz w tym, by nie działać samemu, ale przy pomocy Ducha Świętego, który jest odpowiedzią na naszą słabość. Pamiętajmy, że Bóg zawsze będzie stał po naszej stronie. Lęk jest tylko w naszej głowie i w sercu, nie jest czymś realnym. Realny jest krzyż Jezusa i Zmartwychwstanie. To jest jedyne, czemu powinniśmy ufać i za czym iść w naszym życiu, bo jedynie tam znajdziemy prawdziwe szczęście.

Kontynuuj czytanie

o. Remigiusz Recław SJ

Niechciane zakochanie i co dalej?

Wielu ludzi przeżywa dramat z tego powodu, że zakochało się w niewłaściwym momencie i w niewłaściwej osobie. Czy na niechciane zakochanie jest jakieś lekarstwo? Temat jest bardzo ważny, bo nierozwiązany problem w tej kwestii, często prowadzi do rozpadu rodzin lub opuszczenia powołania kapłańskiego czy zakonnego. I złudna jest tu nadzieja, że „mnie to na pewno nie spotka”.

Są wyjątki, których to nie spotyka – ale to są naprawdę wyjątki. Większość osób w trakcie trwania swojego małżeństwa czy powołania zakonnego (kapłańskiego) zakochuje się w kimś innym. Na dłużej lub krócej. U niektórych ta sytuacja prowadzi do grzechu, innym udaje się go uniknąć. W najgorszym scenariuszu dochodzi jednak do rozwodu lub odejść z zakonu i kapłaństwa. Niestety, ten najgorszy scenariusz spotyka dziś około 50 procent małżeństw.

Wyprawa dla wytrwałych

Dlaczego ten procent jest tak wysoki? Z tego powodu, że dzisiaj nowożeńcy w większości przypadków nie ślubują sobie wierności rozumianej jako zaparcie się siebie (swoich racji, swojej woli, poglądów i uczuć) – ale rozumują ślub wierności jako wierność… uczuciu zakochania. Dlatego też coraz częściej w spowiedziach przedślubnych młodzi nie spowiadają się z grzechu cudzołóstwa między sobą (ponieważ nie uznają tego za grzech), ale spowiadają się ze zdrady narzeczonego czy narzeczonej. Tylko zdradę uczucia zakochania rozumieją jako grzech. Natomiast wierność temu uczuciu uważają za wierność, o którą chodzi Bogu. A tak nie jest. W konsekwencji tego, kiedy po ślubie zakochają się w kimś innym – żyją dalej swoimi zasadami. Chcą być wierni uczuciu, ale ono jest już skierowane do innej osoby. Błąd zatem nie polega tylko na złym rozumieniu wierności, ale również na tym, że nie bierze się pod uwagę faktu, że w życiu zakocham się jeszcze w kimś innym.

Awaria w stadium utajenia

Podobnie sprawa wygląda w zakonie i w kapłaństwie. Przychodzi zakochanie (często odwzajemnione) i trzeba wybrać – wierność uczuciom czy wierność ślubom. Człowiek, gdy jest zakochany, to lubi się modlić. Ponieważ pojawia się w tym doświadczenie radości, spełnienia i szczęścia – wydaje mu się, że to zakochanie jest od Boga. Uczucie zakochania ma taką „przenikliwość” do duszy, że osobom zakochanym wydaje się, że Bóg je zachęca do rozwijania tej relacji! Uczucie zakochania w jakiś sposób daje człowiekowi rozkwit. Jest doświadczeniem unoszenia się nad ziemią, co jest bardzo przyjemne. Jest też doświadczeniem podobnym do bycia blisko Boga. Dlatego człowiek wierzący myśli, że otrzymał je od Boga. Nie potrafi wówczas powiedzieć: „to jest grzeszne”, bo nie chce z tego zrezygnować. A z grzechu przecież trzeba rezygnować. Dopóki nie ma wyraźnego grzechu – pocałunków, zawalania innych obowiązków, tajemnic przed przełożonymi czy małżonkiem – dopóty wszystko wydaje się być błogosławieństwem Boga.

Gdy już słychać, że coś stuka…

Czy możemy coś zrobić, aby zabezpieczyć się przed niechcianym zakochaniem? Zabezpieczyć się przed uczuciem nie można. Ale można się przygotować na jego ewentualne pojawienie się. Niesłychanie ważne jest, abyśmy zdawali sobie sprawę, że uczucie zakochania może nas dopaść. Do tego nie potrzeba wiele. Wystarczy, że w domu nie jesteś doceniany/ doceniana. Podobnie w zakonie. Ale bywają też takie zakochania, kiedy zupełnie nie rozumiemy, dlaczego się pojawiły. Niby nie było dla nich miejsca, a jednak nastąpiło zauroczenie, które rozwinęliśmy na tyle, że cały czas o kimś myślimy. Każdy z nas powinien brać pod uwagę taką sytuację, ponieważ one… po prostu przychodzą. A jeśli będziemy z tym sami, to prawdopodobieństwo rozwoju uczucia jest większe. Uczucia rozwijają się spontanicznie, ponieważ druga osoba wyłapuje nasze zakochanie – zaczyna widzieć, że ktoś na nią częściej patrzy, że więcej się uśmiecha. Tak to w życiu bywa. I zanim się zorientujemy, że coś jest nie tak – często jest już za późno.



Hamulec ręczny czy poduszka powietrzna?

Pamiętaj zatem, że zakochanie może cię dopaść. Ale może też dopaść twojego małżonka, brata czy siostrę we wspólnocie lub w zakonie. O zakochaniu należy powiedzieć tylko tej osobie, z którą wiąże cię ślub. Natomiast nie mów o tym osobie, do której masz niechciane uczucie zakochania. Gdy to powiesz – ono będzie się rozwijało jeszcze bardziej. Osobie, do której masz niechciane uczucie zakochania, możesz jednak powiedzieć o symptomach grzechu i o tym, że chcesz się z tej relacji wycofać, bo gryzie cię sumienie. Możesz więc powiedzieć: „Spędzamy więcej czasu na rozmowach i widzę, że to się Bogu nie podoba, bo mnie związuje z tobą, zamiast z mężem”.

Instrukcja naprawcza

Gdy usłyszysz od męża/ żony, brata /siostry we wspólnocie, że się zakochali w kimś innym – nie oceniaj ich. Ciebie to też może spotkać. Niechciane zakochanie jest wielkim cierpieniem, jest walką o wierność. Nie oceniaj więc takiej osoby, ale pomóż jej z tego wyjść. Ona w tym momencie jest jak alkoholik – wie, że to jest zły kierunek, ale nie potrafi go zmienić. Trzeba wtedy wzmacniać jej wolę wyjścia i zachęcać do zerwania relacji, w której pojawiło się to niechciane uczucie, lub do jej mocnego ograniczenia. Od osoby, w której się zakochaliśmy (bez przyszłości), trzeba sobie zrobić detoks. Taki całkowity odwyk trwa ok. trzech miesięcy. Na początku bardzo boli, ale każdy kolejny tydzień jest łatwiejszy. Problem z zakochaniem wynika z tego, że na uczucia nie mamy bezpośredniego wpływu. Możemy je naprowadzać, ukierunkowywać, ale nie możemy im rozkazać, aby zniknęły lub się pojawiły. Nie możesz się w kimś zakochać na zawołanie. To jakoś „przychodzi” na człowieka – pewien splot okoliczności i postawa naszego serca sprawiają, że takie uczucie zaistnieje. Podobnie jest z wyciszeniem tego uczucia. Nie dzieje się to na pstryknięcie palców. To tak, jak przy żeglowaniu pod wiatr – kiedy wiatr jest przeciwny, człowiek natrudzi się więcej, ale nadal może płynąć do celu.

Dotrzymaj umowy gwarancyjnej

Źle się dzieje, gdy ktoś nam powie o swoim niechcianym zakochaniu, a my zaczniemy na niego krzyczeć lub ostro reagować. Wówczas w takiej osobie pojawia się intensywna myśl: „Tam, w tej «złej» relacji jestem przyjmowana ze wszystkim, a tutaj mam ciągłe roszczenia i warunki!”. Mężowi bardzo trudno przyjąć, że żona w danym momencie nie jest zakochana w nim. Miej jednak świadomość, że ona ciebie kocha. Inaczej by ci o tym wszystkim nie powiedziała! Ona chce być wierna miłości, ale też woła o pomoc – bo to, co dzieje się w jej myślach i sercu, prowadzi ją gdzie indziej. Podobnie jest w odwrotnej sytuacji, gdy sprawa dotyczy zakochanego męża. Niestety, bardzo często za późno przyznajemy się do zakochania. Kiedy nowa relacja już się rozwinęła, często pojawił się w niej grzech. A wtedy on nie do końca rozumiany jest jako grzech – „bo przecież Bóg nie będzie zabraniać czegoś, co jest piękne” – i wracamy do tego, o czym pisałem na początku artykułu: że narzeczeni uważają, iż wierność jest wiernością uczuciom. Ludziom wierzącym w Boga warto przypominać, aby w sytuacjach niechcianego zakochania nie identyfikowali uczuć z doświadczeniem Boga. Chociaż początkowo zakochanie ma symptomy olbrzymiej głębi – jest ono jednak bardzo powierzchowne. Do głębi dochodzi się po czasie. Natomiast systematyczne życie w Bogu daje doświadczenie głębi.

Kontynuuj czytanie

o. Remigiusz Recław SJ

Nie ma łatwej rodziny Jak pokochać to co trudne?

Nie ma łatwej rodziny Jak pokochać to co trudne

Nie ma łatwej rodziny. Nie ma rodziny, gdzie wszystko jest poukładane. Nawet jeśli codziennie modlisz się z żoną i jesteście cudowną jednością, to jest jakiś problem z dziećmi. A jak macie dzieci – chodzące anioły, to wujek pije. A jak wujek i ciocia też są idealni, to okazuje się, że dziadek albo stryjek był jakiś tam, albo tam się rozwiedli. Nie ma rodzin idealnych, takie nie funkcjonują. Nie istnieją takie.

Gdybyśmy mieli powiedzieć teraz o małżeństwach, jeśli jesteście w małżeństwie, to z kim się najwięcej w życiu kłócicie? A komu – bo tylko jeden ślub miłości złożyliście w życiu, Bogu obiecaliście, że tylko jedną osobę będziecie kochali, inne, które kochacie, łącznie z dziećmi, to nie są, bo ślub, tylko bo chcę – Bogu obiecaliśmy, że będziemy kochali jedną osobę w małżeństwach: to jest żona, to jest mąż. A z kim się najwięcej kłócisz w życiu? No właśnie z tą osobą, której obiecałem Bogu, ę będę ją kochał. To jest tajemnica naszego życia. To znaczyłoby, że mam Bogu nie obiecywać? Nie, nie tak to należy rozumieć – tylko żeby zobaczyć, że miłość polega na przebaczaniu. Miłość polega na tym, że ciągle wracamy, wracamy i wracamy do siebie, znowu się jednamy, i to jest piękne.

Skoro nie ma rodziny idealnej, tylko mamy rodziny trudne, pocharatane, to miłość naszych rodzin jest naszym zadaniem. Zadaniem, które daje nam Bóg. I nie chodzi teraz o to, żeby kochać cały świat – bo to może być teoria, czy kochać dzieci w Afryce. Tylko: najpierw kocham męża/żonę – najpierw, zawsze najpierw, potem dzieci, potem dalszą rodzinę, wspólnotę, osoby, którymi się otaczam – i potem też dzieci w Afryce. Można być człowiekiem pobożnym, który przeskakuje etapy i tu, tu, tu – tych się nie da kochać, ale dzieci w Afryce mi nie wchodzą na głowę, nie przeszkadzają mi w niczym, podzielę się trochę i mam spokój. To nie jest miłość. Mamy być szczodrzy i mamy się dzielić, ale miłość jest związana zawsze z miłosierdziem. Tam, gdzie nie ma okazji do miłosierdzia, to nie jest miłość.

Kontynuuj czytanie

o. Remigiusz Recław SJ

Jak przystąpić do spowiedzi po długiej przerwie?

Jak przystąpić do spowiedzi po długiej przerwie

– Sam fakt, że pojawia się pragnienie spowiedzi, pragnienie pojednania z Bogiem oznacza, że zaczyna prowadzić mnie dobry duch, że słyszę bardziej jego obecność i to jest coś bardzo dobrego, że po długim czasie pojawia się pragnienie spowiedzi świętej. Ale też jest dylemat; jak iść? – posłuchać praktycznych wskazówek o. Remigiusza Recława SJ

Kontynuuj czytanie

NAJPOPULARNIEJSZE