Connect with us

Duchowość

Czy zawsze mam postępować tak jak podpowiada mi sumienie?

Mirosław Pilśniak OP

DODANE

/

Mnie bardzo pomaga częste korzystanie ze spowiedzi. Powtarzanie ciągle podobnych grzechów – chociaż popełnianych na nowo – jest nudne. W pewnym momencie przychodzi zmęczenie własną słabością. To zmusza mnie do pogłębiania świadomości tego, co się dzieje w tym sakramencie. Bezradność wobec niezmiennej listy moich nieprawości prowadzi mnie do coraz bardziej bezwarunkowego powierzenia się Panu Bogu. Odkrywam, że moja wartość nie tkwi w bezgrzeszności, tylko w moim związku z Bogiem – z o. Mirosławem Pilśniakiem, dominikaninem, duszpasterzem i kierownikiem duchowym, rozmawia Marta Wielek.

Ojcze, czy to prawda, że nie wyznajemy w trakcie spowiedzi wszystkich naszych grzechów?

Pewnie tak, ale rozmawiając o spowiedzi, nie chciałbym stawiać grzechów na pierwszym miejscu.

To od czego powinniśmy zacząć?

Precyzyjne rozpoznanie swoich grzechów jest dobrą praktyką duchową, ale nie można jej utożsamiać z sakramentem pokuty. W spowiedzi najważniejsze jest spotkanie i pojednanie z Bogiem. Drogą do tego jest rachunek sumienia, ale – chociaż jest ważny – nie stanowi istoty sakramentu. Niestety, wielu ludzi traktuje spowiedź przede wszystkim jako przyznanie się do swoich grzechów przed księdzem. Wyobraźmy sobie taką sytuację: ktoś modli się w kościelnej ławce, potem wstaje i ustawia się w kolejce do konfesjonału. Dla wszystkich pozostałych osób to jest czytelny sygnał: „ma grzecha, więc poszedł do księdza”. Ten człowiek pośrednio przyznał się więc do swoich grzechów wobec tych wszystkich ludzi. Współcześnie termin „przyznać się” jest równoznaczny ze stwierdzeniem: „No trudno, skoro wszyscy już wiedzą, co zrobiłem, to się przyznam”. I tak samo patrzymy na spowiedź: „No, trudno skoro już Pan Bóg wie, co zrobiłem, to się przyznam”. Nic bardziej mylnego! Jeśli już mam się do czegoś przyznawać w trakcie spowiedzi, to raczej do Pana Boga. Człowiek, który klęka w konfesjonale, wyznaje publicznie swoją wiarę w Boże miłosierdzie, w moc Boga, który chce mu przebaczyć grzechy.

Nawet jeśli ten człowiek nie jest tego świadomy?

Tak. Spowiedź zawsze jest publicznym wyznaniem wiary w Boże miłosierdzie, nawet jeśli penitent jej w ten sposób nie przeżywa. Lepiej byłoby oczywiście, gdyby się trochę nad tym zastanowił. W tej refleksji może liczyć na wsparcie ze strony księdza. Jednym z zadań spowiednika, oprócz udzielania rozgrzeszania, jest właśnie pomoc penitentowi w skupieniu się na Bogu, a nie tylko na własnych grzechach. „Vademecum dla spowiedników”* zawiera kapitalną wskazówkę, która jest owocem takiego rozumienia sakramentu pokuty. Zalecenie to jest następujące: jeżeli spowiednik ma do czynienia z człowiekiem o minimalnej wrażliwości na np. kwestię etyki seksualnej, to nie powinien odpytywać go z przestrzegania jakiś subtelnych norm moralnych w tej dziedzinie. Jego starania muszą skoncentrować się na pogłębieniu życia religijnego tego penitenta. Kiedy ów człowiek zbliży się do Pana Boga, zacznie być wrażliwszy również na sprawy etyczne. Będzie w stanie nie tylko zauważyć zło, ale także skonfrontować się z nim w świetle swojej wiary, a nie w świetle jakiegoś zewnętrznego prawa, z którym trudno było mu się zgodzić.

Podam taki przykład. Do spowiedzi przychodzi człowiek, daleki od żywej wiary, przekonany o zbawiennej roli antykoncepcji. Nie jest w stanie zrozumieć powodu, dla którego Kościół jej nie akceptuje. Zgodnie ze wskazówką „Vademe-cum…” spowiednik w tej sytuacji powinien przede wszystkim zacząć od rozmowy o jego więzi z Panem Bogiem, a nie od uświadamiania mu zła antykoncepcji. Wtedy jest szansa, że ten człowiek otworzy się na działanie Ducha Świętego i będzie w stanie zrozumieć nauczanie Kościoła w sprawie godności współżycia seksualnego.

Ale przecież większość z nas idzie do spowiedzi, właśnie po to, żeby zrzucić z siebie ciężar swoich grzechów.

Dla wielu ludzi jest to też możliwość wygadania się, znalezienia życzliwego słuchacza, chociaż czasami niestety zniecierpliwionego. Może to być też okazja do zrzucenia jakiegoś ciężaru, który człowiekowi doskwiera; czuje, że zrobił coś złego i chce o tym możliwie precyzyjnie opowiedzieć. To są jednak takie czysto ludzkie zalety spotkania w konfesjonale, które mają pewną wartość, ale nie są w spowiedzi najważniejsze.

To dlaczego ciągle koncentrujemy się na grzechach?

Jest to chyba niezamierzony efekt książeczek do Pierwszej Komunii. Jeśli ktoś, przygotowując się do spowiedzi skrupulatnie, odpowiada na zawarte w niej pytania do rachunku sumienia, to jego przeżywanie sakramentu siłą rzeczy ogniskuje się na katalogowaniu swoich grzechów: „to zrobiłem, tego nie zrobiłem”. Poza tym, czytając taką listę grzechów, często ulega złudzeniu, że wszystkie odnoszą się do niego. To jest reakcja podobna do tej, która towarzyszy lekturze jakiegoś podręcznika medycyny- nagle wydaje nam się, że cierpimy na co najmniej połowę opisanych w nim schorzeń. I jak tu nie być hipochondrykiem! Jak ciągle nie myśleć o tych grzechach!

Najbardziej przejmującym doświadczeniem tego typu było dla mnie spotkanie z pewnym człowiekiem, niewątpliwie chorym na nerwicę na tle religijnym. Miał on liczącą około pięćdziesięciu stron książeczkę zatytułowaną „Pomoc w rachunku sumienia”. To była po prostu długa lista grzechów. Człowiek ten twierdził, że po przeczytaniu któregokolwiek z tych grzechów uświadamia sobie, że na pewno go popełnił. Przychodzi więc do spowiedzi z tą książeczką i recytuje wszystkie grzechy, jakie tam wymieniono. Wykańcza tak każdego spowiednika. Żaden nie jest w stanie tego wytrzymać.

Nigdy w życiu nie dowiedziałbym się, na jak wiele sposobów mogę grzeszyć, gdybym się nie nauczył tego z takiej właśnie książeczki. To jest gotowa lista możliwych do popełnienia grzechów: „jeszcze tego nie robiłem, może by spróbować”. W każdym razie przyjdzie mi to na myśl w chwili pokusy.

Uważa Ojciec, że książeczki z rachunkami sumienia nakłaniają do grzechu?

Coś w tym jest. Podświadomie ulegamy pewnemu mechanizmowi psychologicznemu, który ćwiczy się na zajęciach z komunikacji interpersonalnej. Jeśli na przykład usłyszę: „Nie wolno ci się teraz obejrzeć za siebie”, to właśnie wtedy czuję, że coś się za mną dzieje i muszę to sprawdzić. Jest to jakaś dziwna siła zakazu, która działa jak przymus zrobienia czegoś przeciwnego. Zresztą już św. Paweł zwrócił na to uwagę: Czy Prawo jest grzechem? Żadną miarą! Ale jedynie przez Prawo zdobyłem znajomość grzechu. Nie wiedziałbym bowiem, co to jest pożądanie, gdyby Prawo nie mówiło: Nie pożądaj! (Rz 7, 7).

Jest jeszcze jedna przyczyna naszego skupienia się grzechach, ale już nie psychologiczna, tylko teologiczna – pęknięcie, które jest w nas z powodu grzechu pierworodnego. Człowiek, gdy zrobi coś złego, zamiast zauważyć, że wyrządził komuś krzywdę, martwi się, że stał się grzesznikiem. Jest to zupełnie egocentryczna i nie do pokonania skłonność do użalania się nad sobą: „no masz, okazałem się cudzołożnikiem…”

Nie umiemy pogodzić się z własną niedoskonałością?

Tak. I to zabija naszą relację z Bogiem, bo zamiast zaangażować się w budowanie więzi z Nim, tracimy siły na unikanie grzechów, na kreowanie własnej wizji świętości. Z lęku przed pomyłką, niejednokrotnie rezygnujemy z dokonania jakiegoś dobra, bo od miłości Boga bardziej cenimy sobie własną nieskazitelność.

To skoncentrowanie się na sobie w obliczu zła przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie. Rodzic, który nie umie zaakceptować swojej słabości, będzie tą nieprzyjemną emocją zarażał dziecko. Stąd te wszystkie pytania: Jak tak mogłeś? Dlaczego mi to zrobiłeś? Co Pan Bóg o tobie pomyśli? W ten sposób poczucie winy z powodu własnej grzeszności przechodzi na kolejne generacje.

A można się od tego jakoś uwolnić? Co robić, żeby rozpamiętywanie swoich upadków nie zdominowało naszej spowiedzi?

Mnie bardzo pomaga częste korzystanie ze spowiedzi. Powtarzanie ciągle podobnych grzechów – chociaż popełnianych na nowo – jest nudne. W pewnym momencie przychodzi zmęczenie własną słabością. To zmusza mnie do pogłębiania świadomości tego, co się dzieje w tym sakramencie. Bezradność wobec niezmiennej listy moich nieprawości prowadzi mnie do coraz bardziej bezwarunkowego powierzenia się Panu Bogu. Odkrywam, że moja wartość nie tkwi w bezgrzeszności, tylko w moim związku z Bogiem.

Nawet jeśli – przygotowując się do spowiedzi – myślę o tym, że chcę się pojednać z Bogiem, to klękając przy konfesjonale, powinnam wyznać konkretne grzechy. Muszę więc wcześniej je sobie przypomnieć, odkryć, skatalogować i nazwać. Jak to zrobić, by się nie pogubić?

Mamy do tego specjalny „narząd”, który nazywa się sumieniem. To zdolność naszego rozumu do oceny wartości konkretnego czynu: takiego, który się dokonał, właśnie dokonuje lub ma dokonać. Najprościej mówiąc sumienie podpowiada nam, czy to, co zrobiliśmy lub chcemy zrobić, jest dobre czy też złe.

Ojcze, ale co to znaczy, że sumienie mi coś podpowiada?

Sumienie składa się z trzech ważnych elementów. Pierwszym z nich jest tzw. wiedza moralna, czyli po prostu znajomość przykazań. Ona pokazuje te dziedziny życia, w których mam szukać dobra i zła: w relacji do Boga, do innych ludzi i do siebie samego. Korzystając z wiedzy moralnej na temat dekalogu, będę sobie zadawał pytanie, co praktycznie oznacza przestrzeganie konkretnego przykazania: oddawania czci Bogu, ochrony życia czy czyjegoś dobrego imienia. Pan Jezus- między innymi w słynnym Kazaniu na Górze – podkreślał, że trzeba być wrażliwym na wiele subtelności. Ważny jest nie tylko sam uczynek, ale także motywy i sposób jego wykonania. Wiedzą moralną jest całe nauczanie Kościoła, które przyswajamy sobie w ramach formacji religijnej.

Drugim elementem sumienia jest doświadczenie moralne. Przez eksperymenty moralne sprawdzam co jest dobre, a co złe…

„Moralne eksperymenty”?!

Jest taka zabawna zasada – jej autorstwo niesłusznie przypisywane jest Ojcom Kościoła – która głosi, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec. To jest oczywiście żart, ale on pokazuje, że człowiek, który zawsze dąży do jakiegoś dobra, może czasem gruntownie się pomylić, wybierając drogę jego realizacji. Dopiero po jakimś czasie odkrywa, że nie tego szukał. Można więc powiedzieć, że na drodze takich eksperymentów, człowiek dowiaduje się, co jest rzeczywiście dobre, a co może być dla niego zgubne. Najlepiej byłoby, by nabierał tej wiedzy poprzez dobre czyny, najczęściej jednak zawdzięcza ją swoim pomyłkom.

Jakiś czas temu, w zimie, podczas opadów deszczu ze śniegiem jechałem samochodem z prędkością może 30-40 km/h. W pewnym momencie zmieniłem pas, żeby móc skręcić w prawo. Znalazłem się nagle na nierozjeżdżonym śniegu. Zupełnie straciłem panowanie nad pojazdem i o mało nie uderzyłem w stojące na skrzyżowaniu samochody. Ocalałem i zdobyłem nowe doświadczenie moralne: Aby nie złamać przykazania „nie zabijaj”, musisz brać pod uwagę także to, że warunki otoczenia zmienią się szybciej niż zdążysz na to zareagować.



Czyli doświadczenie moralne jest zbieraniem wiedzy o tym, co jest dobre, a co złe, na podstawie tego, co się przeżyło?

Tak, to jest uzupełnianie – nazwijmy to – teoretycznej wiedzy moralnej o praktyczne rozwiązania. Jest ono wzbogacane także przez doświadczenie moralne innych osób, które przekazują nam spostrzeżenia ze swoich moralnych eksperymentów: „Nóż trzymaj w ten sposób”, „nie koncentruj się na swoich grzechach”. Do tej sfery należy także nasze wychowanie otrzymywane w domu i szkole.

Jest też w sumieniu trzeci element, nazywany irracjonalnym. Nie należy go jednak mylić z nieracjonalnym. Chodzi o światło Ducha Świętego, czyli nasze wewnętrzne przekonanie, że Pan Bóg oczekuje od nas właśnie tego działania. Ten element sumienia jest bardzo widoczny w subtelnych wyborach między jednym dobrem a innym, np. w wyborze powołania. Decyzja o kapłaństwie wymusza rezygnację z ogromnej ilości dobra, które dokonałoby się na drodze małżeńskiej. Najczęściej taką decyzję podejmujemy opierając się właśnie na wewnętrznym przekonaniu, że Duch Święty nakłania mnie do zrealizowania takiej, a nie innej wersji mojego życia. Zatem, jeśli mówię, że moje sumienie mi coś podpowiada, to znaczy, że dany uczynek skonfrontowałem z wiedzą moralną, doświadczeniem i światłem Ducha Świętego. Na podstawie tego rozpoznania, oceniam go jako dobry lub zły.

A jeśli to, co odczytam jako natchnienie Ducha Świętego, jest niezgodne na przykład z nauczaniem Kościoła?

Jeśli twoje sumienie działa prawidłowo, powinno skonfrontować twoje subiektywne przekonanie z pozostałymi elementami sumienia, także z nauczaniem Kościoła w danej sprawie…

A może moje sumienie jest bardziej wrażliwe na natchnienia Ducha Świętego niż instytucja Kościoła i moje „subiektywne przekonanie” wyprzedza nauczanie Magisterium?

Jeśli ktoś tak bardzo uprzedza swoim poznaniem naukę Kościoła, to powinien porozmawiać o tym ze swoim biskupem. On podzieli się tą wiedzą z innymi biskupami zebranymi na synodzie. Ci przekażą ją papieżowi, a ten może ogłosi nowy dogmat wiary. Wówczas ten wynalazek czyjegoś sumienia będzie z całą pewnością zgodny z wolą Bożą.

A na poważnie: rozeznając między dobrem a złem, człowiek musi uwzględnić także te kryteria, które nie pochodzą od niego samego. To jest doświadczenie wielu świętych, na przykład siostry Faustyny. Ona absolutnie nie rezygnowała z tego co widziała. Przyjmowała jednak posłusznie wolę przełożonych, którzy ograniczali jej możliwość głoszenia nauki o Bożym miłosierdziu. Właśnie dzięki temu, że nie nadużywała swojej wolności, ale poddała się pod ocenę Magisterium, możemy dzisiaj powiedzieć, że jej nauczanie stało się bogactwem Kościoła.

To może lepiej się nie zastanawiać, tylko po prostu posłusznie wypełniać nakazy i zakazy Kościoła?

To, o czym mówisz paraliżuje sumienia! W prawie kanonicznym znajduje się domniemanie, że dziecko przed ukończeniem siódmego roku życia nie jest zdolne do korzystania z rozumu praktycznego, czyli nie jest zobowiązane do przestrzegania przepisów kościelnych. Umie ocenić swoje zachowanie tylko w oparciu o nakazy i zakazy rodziców. Jeśli mama czegoś zabrania, dziecko przewiduje, że jeśli to zrobi, spotka się z karą lub niezadowoleniem matki. Gdy człowiek dorasta i zdobywa umiejętność korzystania z rozumu praktycznego, staje się zdolny do samodzielnego osądu. Niestety bywa tak, że całkiem dorośli ludzie pozostają na etapie rozwoju sumienia dziecka. W ocenie swoich uczynków używają tylko kategorii: wolno – nie wolno, księża pozwalają- księża zabraniają. Uważają, że jeśli księża na coś pozwolą, to automatycznie stanie się to dobre. Dopóki jednak zabraniają, to znaczy, że jest to złe. W takim przypadku trudno w ogóle mówić o jakimś sumieniu. To nie jest osąd sumienia, tylko czysto zewnętrzna ocena, wynikająca z nieuformowanej dziecinnej wiedzy na temat dobra i zła.

Czy zawsze mam postępować tak jak podpowiada mi sumienie?

Zasada wiary – czyli reguła, która określa moją odpowiedzialność przed Bogiem – mówi, że zawsze jestem zobowiązany postępować zgodnie ze swoim sumieniem. Dzisiaj jednak sumienie często mylone jest z dobrym samopoczuciem związanym z jakimś czynem. Kiedy niektórzy mówią: „postąpiłem zgodnie z własnym sumieniem”, oznacza to tylko tyle, że zrobili coś, czego bardzo chcieli. Bardzo często ludzie powołują się na swoje „sumienie” wtedy, gdy wprost łamią przykazania. Dotyczy to zwłaszcza zagadnień etyki seksualnej. W rzeczywistości jednak stają się zakładnikami swojego niezobiektywizowanego „widzimisię”. Ono często prowadzi ich do zła, którego w rzeczywistości nie chcą.

Co robić, jeśli moje sumienie nie wyrzuca mi czegoś, o czym wiem z nauczania Kościoła, że jest grzechem?

Należałoby wtedy zadać sobie pytanie: co się stało, że moje rozeznanie straciło smak przykazania? Zacznij szukać przyczyny tego rozdźwięku pomiędzy nauczaniem Kościoła a twoim sumieniem. Poczytaj na ten temat, porozmawiaj z kimś, zdobądź wiedzę, przemyśl swoją przeszłość… Z szacunku do swojego sumienia nie lekceważ tego dysonansu, bo zrobisz z niego bezużyteczne narzędzie wyrażania twoich pragnień.

Z pewnych grzechów więc nie spowiadamy się, ponieważ sumienie nam ich nie pokazuje. A z jakich jeszcze powodów nie wyznajemy wszystkich przewinień? Ze wstydu? Z nieświadomości?

Myślę, że każda z tych rzeczy może być powodem. Zacznijmy od wstydu. Czasem się zdarza, że ktoś przychodzi do spowiedzi i mówi: „Popełniłem grzech, ale wstydzę się go wypowiedzieć”. Takie bezpośrednie wyznania są jednak rzadkością. Najczęściej ludzie w takiej sytuacji zachowują się jak biblijny Adam – próbują się ukryć z grzechem; tak go wyznać, by ksiądz go nie zauważył. Wstyd jest też często znakiem nieakceptowania jakiejś części swojego życia, np. seksu… Jak sobie z tym wstydem poradzić? Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co się faktycznie za tym wstydem kryje. Z czego wynika tak silna bariera przed wyznaniem danego grzechu? Czego się tak naprawdę obawiamy? Dopiero potem możemy próbować ten wstyd jakoś przełamywać.

Jeśli natomiast chodzi, o grzechy, których sobie jeszcze nie uświadomiliśmy, nie odkryliśmy w sobie, to zdałbym się całkowicie na Ducha Świętego. Bywa tak, że – ni stąd ni z owąd – zaczynamy myśleć o naszym postępowaniu w zupełnie nowy sposób. Zaczynamy dostrzegać w tym, co uważaliśmy za bezpieczne i dobre jakieś zło. Jedynym uzasadnieniem tego zjawiska jest to, że Bóg działa bezpośrednio na nasze sumienie. W miarę pogłębiania wiary, odkrywa przed nami kolejne obszary, których dotąd nie braliśmy pod uwagę w naszym rachunku sumienia. Pan Bóg ujawnia nam kolejne pokłady naszej grzeszności, żeby nas pomału z nich uzdrawiać.

Trzeba się na to otworzyć, ale trzeba też uważać, by nie drążyć sumienia dla swojej własnej perfekcji. Taka droga jest pułapką koncentrowania się na sobie, a nie na Panu Bogu. Spowiedź jest Dobrą Nowiną o uzdrowieniu mojego serca, a nie opowieścią o ciemności mojego grzechu.

List

Advertisement
Dodaj Komentarz

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Duchowość

Matko Dziewicza Matko Nienaruszona

s. Anna Maria Pudełko AP

DODANE

/

Matko Dziewicza Matko Nienaruszona

To my, kobiety wyznaczamy granice i pokazujemy jak chcemy być traktowane – mówi s. Anna Maria Pudełko AP

Litania to zbiór komplementów. Chcesz wiedzieć co oznaczają? Oglądaj majowy cykl “Taka jak Ty!” w którym Siostra Anna Maria Pudełko AP codziennie, przez cały maj będzie przybliżać nam znaczenie Litanii Loretańskiej.

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Jak nie usnąć przy odmawianiu różańca?

Daniel Wojda SJ

DODANE

/

Jak nie usnąć przy odmawianiu różańca

Kiedy odmawiasz różaniec w pewnym momencie zasypiasz? Rozpraszasz się? Nie wiesz, o czym myśleć na nim? Wszyscy święci mówili, że różaniec to jest wielka siła, że szatan boi się różańca – a tobie to nie idzie? Jeśli tak – posłuchaj!

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Matko Nieskalana

s. Anna Maria Pudełko AP

DODANE

/

Matko Nieskalana

Im bardziej będziemy zasłuchane w głębię naszego serca, tym bardziej staniemy się kobietami spójnymi. Nasze myśli będą odpowiadały naszym czynom, a nasze uczucia będą zgodne z naszymi myślami.

Litania to zbiór komplementów. Chcesz wiedzieć co oznaczają? Oglądaj majowy cykl “Taka jak Ty!” w którym Siostra Anna Maria Pudełko AP codziennie, przez cały maj będzie przybliżać nam znaczenie Litanii Loretańskiej.

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

To nie są objawienia!

Jacek Bolewski SJ

DODANE

/

To nie są objawienia
TimMossholder/unsplash.com

Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawił przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie – o ukazywaniu się Maryi z o. Jackiem Bolewskim jezuitą, teologiem i mariologiem, rozmawia Marta Wielek.

Ojcze, czy Maryja rzeczywiście przychodzi do widzących, czy też to tylko Jej obraz w ich wyobraźni?

Maryja oczywiście jest realnie doświadczana. Nie można jednak powiedzieć, że „przychodzi” w tym sensie, że wcześniej Jej nie było, a teraz jest. W momencie jawienia widzący doświadczają Jej obecności, jest przez nich widziana i słyszana. Jednak to doświadczanie wynika z pobudzenia ich umysłu, zmysłów. Nie należy sobie wyobrażać jawień maryjnych jako zjawiska wyłącznie obiektywnego, choćby w taki sposób, że wszyscy, niezależnie od wiary lub niewiary, mogliby je zobaczyć. Na przykład podczas jawień w Lourdes tylko Bernadetta widziała Matkę Bożą. Inni, którzy byli świadkami tego fenomenu, widzieli zachowanie Bernadetty wskazujące na jakieś doświadczenie, ale nie widzieli postaci Maryi.

To dlatego widzący opisują Maryję tak rozmaicie?

Właśnie. Jawienie zawiera w sobie element obiektywny i subiektywny. Jest w nim rzeczywiście działanie Matki Bożej i Jej obecność, ale są one przystosowane do osoby, której Ona się ukazuje. Dlatego w relacjach o jawieniach czytamy, że czasem Maryja ma skórę jasną, czasem ciemną i mówi różnymi językami.

Używa Ojciec słowa „jawienia” Maryi…

To nie jest określenie powszechnie uznane. Uważam jednak, że istnieje potrzeba odróżnienia fenomenów maryjnych, należących do tzw. objawień prywatnych, nie tylko od objawienia publicznego, ale także od ukazywania się Jezusa po Zmartwychwstaniu.

Czym się różni objawienie prywatne od publicznego?

Objawienie publiczne obejmuje słowa, które Bóg przekazywał przez proroków, aż do objawienia się w pełni przez Jezusa i Ducha Świętego, działającego przez Apostołów. Kościół wierzy, że Objawienie (publiczne) zostało zakończone wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów. Wszystkie późniejsze objawienia to objawienia prywatne. Kiedy więc Szaweł doświadczył spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem pod Damaszkiem, zjawienie to należało do Objawienia. Kiedy jednak Jezus objawiał się później świętym, na przykład siostrze Faustynie, było to już objawienie prywatne, chociaż ukazywał się ten sam zmartwychwstały Chrystus. Są więc takie ukazania się Jezusa, które do Objawienia należą, i takie, które nie należą. Aby nie było wątpliwości, proponuję słowo „Objawienie” zarezerwować tylko dla objawienia publicznego, a wszelkie wizje Jezusa nazywać zjawieniami.

W przypadku Maryi lepiej byłoby użyć jeszcze innego słowa, bo wszystkie Jej ukazania się są poza Objawieniem. Możemy je nazwać na przykład „jawieniami”. Używając tego określenia, zamiast „objawienia prywatne”, unikamy skojarzenia z tym, że w fenomenach maryjnych mamy do czynienia z „objawieniem”, czyli odsłonięciem tego, co wcześniej było niejawne, zakryte.

Maryja niczego nie objawia?

W sensie ścisłym – nie. Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawił przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie.

Więc dlaczego Maryja przychodzi?

Jezus zapowiedział swoim uczniom, że Duch Święty doprowadzi ich do pełni prawdy, pomoże im odkryć i zrozumieć, co Bóg chciał powiedzieć o Sobie przez Jezusa. Można by zapytać: czy cała ta prawda została odkryta przez chrześcijan wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów? Raczej nie, gdyż to by znaczyło, że dalszy rozwój Kościoła nie jest potrzebny. Ten sam Duch, który przemawiał przez proroków i objawił się w Osobie Chrystusa, udziela się teraz każdemu człowiekowi w tym, co nazywa się łaską uświęcającą. To jest ten sam Duch Święty, tylko przyjmuje różne postacie. On udziela się także w jawieniach Maryi. Dzięki Niemu Bóg dopełnia tego, co powiedział o Sobie w Objawieniu. To jest tak, jak z otrzymaniem od kogoś książki: z samego faktu posiadania wcale nie wynika, że znamy jej zawartość. Wcielenie Jezusa to więcej niż ofiarowanie nam takiej książki o Bogu: to Wydarzenie dokonane „za sprawą Ducha Świętego”. Dlatego trzeba pomocy tego Ducha, by stopniowo rozpoznawać objawioną w nim „pełnię czasu”.

Czyli to Pan Bóg posyła Maryję do nas, Ona nie przychodzi z własnej inicjatywy?

Nie należy za bardzo dociekać, co Pan Bóg robi tam, gdzie my tego nie widzimy. Trzeba się oprzeć na fundamencie Ewangelii, a tam czytamy, że Pan Bóg – ściślej mówiąc Syn Boży – daje nam Maryję za Matkę. To zadanie nie było pomyślane tylko na ziemskie życie Maryi, ale na całe dzieje Kościoła. Dlatego nie potrzeba dodatkowej inicjatywy Boga. Wystarczyło polecenie Chrystusa z Krzyża, czyniące z ucznia Jezusa Jej syna, by poczuwała się do macierzyńskiej troski o wszystkie dzieci Boże. Nie mówiłbym o inicjatywie Maryi, ale o Jej wrażliwości na potrzeby ludzkie. Ona jest tak po ludzku wrażliwa i dlatego przez Nią łaska może łatwiej „przebić się” do ludzi.

A inni święci?

Maryja uczestniczy w rzeczywistości Świętych Obcowania i wcale nie ma „monopolu” na działanie „po naszej stronie”. Jej szczególna rola ma jednak dwa powody. Po pierwsze, była bardzo ściśle związana z Objawieniem Jezusa. Po drugie, na przykładzie Maryi doskonale widać, jak stopniowo rozpoznawane jest Objawienie. Widoczne to jest już w lekturze kolejnych Ewangelii. Najstarsza, Ewangelia św. Marka, bardzo niewiele uwagi poświęca Maryi. U Mateusza, a potem Łukasza, gdzie została dołączona Ewangelia dzieciństwa, Jej rola już jest wyraźnie ukazana. Ale najgłębiej udział Maryi w dziele Odkupienia przedstawia Ewangelia św. Jana.

Czyli już w Nowym Testamencie mamy pewną ewolucję, ale ta ewolucja nie skończyła się z zamknięciem Objawienia. W przypadku Maryi pojawiły się dogmaty, które Kościół także uważa za Objawienie. Bo przecież nie chodzi tu o prywatne wizje dane papieżowi, który konkretny dogmat ogłasza. Jest to Objawienie zawarte w Piśmie Świętym – wydobywane z Tradycji, wymagające argumentacji teologicznej – dopełniającej to, czego w Piśmie Świętym w wyraźnej postaci nie ma. Nie ma na przykład wzmianki o Niepokalanym Poczęciu czy Wniebowzięciu Maryi. Do tych prawd Kościół doszedł na podstawie całości Pisma Świętego, interpretowanego w świetle Tradycji.

To stopniowe odkrywanie roli Maryi widoczne jest chyba także w tym, jak na przestrzeni wieków zmieniał się sposób Jej jawienia. Przez piętnaście stuleci Maryja pojawiała się wyłącznie w towarzystwie Jezusa lub Apostołów, a Jej przekaz miał charakter bardzo indywidualny. Dopiero podczas jawienia w Guadalupe, w 1531 r., Maryja przyszła sama, i to z orędziem skierowanym do jakiejś społeczności.

Widocznie wcześniej nie było potrzeby, żeby Jej słowa były kierowane do całego Kościoła. Wystarczały te środki, które Kościół już posiadał. Ewangelizacja w Nowym Świecie, choćby w Meksyku, była jednak nowym zjawiskiem w historii Kościoła. Tam nastąpiła dosyć dramatyczna sytuacja, bo głoszono chrześcijaństwo przy użyciu przemocy. Właściwie można mówić o podboju kultury indiańskiej przez europejską. Maryja stanęła po stronie miejscowej kultury, żeby ułatwić Indianom przyjęcie chrześcijaństwa w postaci bardziej rodzimej niż europejscy misjonarze byli zdolni im przekazać.

Według mnie, przyczyną, dla której w późniejszym czasie jawienia kierowane były do większej liczby ludzi, jest czynnik kulturowy, pojmowany jako „znak czasu”.

Czy fakt, że od XIX w. notujemy tak wiele jawień maryjnych, wynika z dużej dostępności informacji, czy też z tego, że wzrasta częstotliwość jawień?

Byłbym ostrożny w mówieniu, że jawień jest więcej. To, że w XIX w. nabrały one takiej wagi, wiąże się z sytuacją kulturową, która nie sprzyjała chrześcijaństwu. Rewolucja naukowa i przemysłowa powodowała raczej odchodzenie od chrześcijaństwa i może dlatego troska Matki Bożej o to, by przybliżyć ludziom korzenie chrześcijaństwa, była większa.

A może Maryja chce nas przygotować na koniec świata?

Najgłębszym wątkiem teologicznym najważniejszych jawień maryjnych, poczynając od Cudownego Medalika, przez Lourdes po Fatimę, jest tajemnica Niepokalanego Poczęcia. Na Medaliku czytamy: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta…”; w Lourdes Matka Boża powiedziała o sobie: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”; w Fatimie wskazuje, że Jej „Niepokalane Serce na końcu zwycięży”.

Uważam, że jest jakiś głębszy zamysł Boży w tym, że o ile przy pierwszym przyjściu Jezusa tajemnica Niepokalanego Poczęcia była ukryta, to pełniejsze jej wydobycie i zgłębianie – także przez jawienia maryjne – ma przygotować ludzkość na powtórne przyjście Chrystusa. Nie znaczy to jednak, że koniec świata jest bliski.

Dlaczego dogmat o Niepokalanym Poczęciu ma mieć tak wielkie znaczenie dla naszej wiary?

Nie sam dogmat, nie fakt, że Maryja była poczęta bez grzechu pierworodnego jest ważny, tylko to, co się za nim kryje. Niepokalane Poczęcie to prawda o prymacie łaski, o zwycięstwie Boga nad grzechem.

Przyjrzyjmy się poszczególnym jawieniom. Na Cudownym Medaliku widzimy, jak przez Maryję przechodzi łaska obejmująca cały świat, zło jest pokonane, leży pod Jej stopami – a więc chodzi tu o zwycięstwo łaski nad złem. W Lourdes Maryja zaskakuje nas tajemniczym imieniem: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”. Nie mówi: „Jestem Niepokalana” albo „niepokalanie Poczęta”, a to oznacza, że jawi się tam coś więcej niż pojedyncza osoba ludzka. Wraz z Maryją ukazuje się tajemnica początku wszystkich ludzi w Bogu. Początkowy zamysł Boga to człowiek pełen łaski. W tej pełni łaski uczestniczy teraz Niepokalana. W naszym życiu ta rzeczywistość łaski jest przyciemniona, obciążona grzechem, ale jawienia Maryi wskazują, że ta pełnia ma w nas się objawić dzięki Odkupieniu. I to jest Dobra Nowina, z jaką Maryja do nas przychodzi.

Co jest zatem najważniejsze w orędziach maryjnych?

Właśnie przypomnienie, że Ewangelia jest Dobrą Nowiną, czyli świadectwem o tym, że łaska jest silniejsza od grzechu, że na końcu zwycięży miłosierdzie. Matka Boża, w obliczu różnych postaci zła, których doświadczamy, jawi się i przypomina o tej centralnej prawdzie Ewangelii.

Kościół nie potrzebuje uznania autentyczności jawień?

Kościołowi nie jest potrzebne nowe orędzie…

Trzeba jednak postępować według zasady sformułowanej przez św. Pawła: Wszystko badajcie, a co szlachetne — zachowujcie (1 Tes 5, 21), aby przez przesadną ostrożność nie zanegować Bożego działania.

Kościół rozumiemy tu najpierw jako lokalną wspólnotę, której pasterzem jest biskup, więc do niego ostatecznie należy podjęcie w tej sprawie odpowiednich kroków. Najczęściej zasięga on informacji o okolicznościach wydarzenia i przestrzega przed rozbudzaniem ciekawości. Potem powołuje specjalną komisję, której zleca przypatrzenie się tym fenomenom. Bardzo często biskupi poddają widzących próbom, aby sprawdzić ich posłuszeństwo wobec Kościoła: na przykład zakazują publicznych wypowiedzi. Jeżeli tego posłuszeństwa brakuje, stawia to pod znakiem zapytania autentyczność jawienia.

Ostatecznie Kościół może najwyżej powiedzieć, czy jest coś nadprzyrodzonego w badanych jawieniach, czy nie, ale może też stwierdzić tylko, że nie ma w nich nic sprzecznego z Objawieniem. Oceniając jawienia Kościół bada przede wszystkim to, co bezpośrednio odnosi się do Boga, nie są ważne elementy, które dotyczą świata doczesnego i jego przyszłości. Także Osoba Maryi nie jest najważniejsza, liczy się raczej to, co w Jej postaci i słowach odnosi się do tajemnicy samego Boga. Ważnym kryterium autentyczności są potwierdzone cuda: np. lekarze stwierdzają, że nie da się wyjaśnić jakiegoś uzdrowienia środkami, którymi dysponuje medycyna.

Proces oceny jawień trwa bardzo długo. W jaki sposób człowiek wierzący powinien odnosić się do jawienia, w którym Kościół nie stwierdził sprzeczności z Objawieniem, ale nie wydał jeszcze decyzji o jego autentyczności?

Powiedziałem, że Kościół nie potrzebuje nowych orędzi. Jest pytanie, czy wierzący tego potrzebują. Zalecałbym ostrożność. Ciekawość — tu można się zgodzić z przysłowiem — jest pierwszym stopniem do piekła. Działanie złego ducha naprawdę odwołuje się do ciekawości. Dlatego tam, gdzie chodzi o jakieś nadzwyczajne fenomeny, spektakularne i widowiskowe (np. coś się pokazuje na kominie, na szybach, w jakichś trudno dostępnych miejscach…) można często zauważyć jakieś niepokojące działania, służące podsyceniu ciekawości.

Jawienie tego nie potrzebuje, tu liczy się przede wszystkim wiara. Ewangelia pokazuje, że od wiary zależy, czy Bóg dokonuje cudów, czy też nie. Ufna postawa nie wymaga więc jakiś dodatkowych znaków czy nadzwyczajnych zjawisk. Jeśli Matka Boża gdzieś się pojawia, to nie jest to dla mnie wezwanie, żeby tam pojechać i szukać czegoś nowego albo – co gorsza – jechać w przekonaniu, że sam muszę doświadczyć czegoś podobnego. Szukanie znaków świadczy o braku wiary. Człowiek wierzący widzi działanie Boga nawet w zwyczajnych wydarzeniach, bo wszystko może być Jego znakiem.

A czy musimy wierzyć w uznane już jawienie?

Absolutnie nie. To, co jest potrzebne do wiary, mamy w Piśmie Świętym, a dodatkowo wyraża to Wyznanie Wiary, Katechizm, dogmaty. Kościół nigdy nie zobowiązywał do wiary w jakieś szczególne wizje czy orędzia maryjne; jest to sprawa prywatna. Można też preferować jakieś miejsca, czy pewien typ jawień maryjnych. Mnie na przykład bardzo bliskie pod względem teologicznym są: Lourdes, Fatima i Rue du Bac.

A jeśli Matka Boża przychodzi z naglącym orędziem, wezwaniem do nawrócenia i pokuty, to można go – bez wyrzutów sumienia – nie podjąć?

Pan Jezus nie tylko budził wyrzuty sumienia. Głoszenie Ewangelii to wezwanie do nawrócenia, bo Bóg jest blisko. To wołanie: „Otwórzcie oczy na to, co się wokół was dzieje”. Pan Jezus, owszem, czynił wyrzuty ludziom, którzy mimo ewidentnych znaków Go odrzucali. Można powiedzieć, że tam, gdzie w orędziach Maryi pojawia się wyrzut, jest on echem tego właśnie wyrzutu Chrystusa. Maryja nie mówi nic nowego, tylko pokazuje, że tam, gdzie brakuje nawrócenia, będą groźne konsekwencje. W Fatimie na przykład była zapowiedź wojny, bolesnych wydarzeń w Rosji…



Ma pani prawo nie przyjąć orędzia z Fatimy czy z Lourdes, ale jako osoba wierząca nie powinna pani odrzucać orędzia Ewangelii, które mówi: „Nawracajcie się, bliskie jest Boże królowanie”. To wezwanie jest czymś więcej niż tylko czynieniem wyrzutów.

A co z tymi, którzy uwierzą w fałszywe jawienia i trwają w tej wierze nawet wtedy, gdy Kościół oficjalnie tego zabrania?

To jest właśnie cena ciekawości albo szukania nadzwyczajności w religii… Jeżeli ci ludzie działają w dobrej wierze, to trudno mówić o ich moralnej winie, to jest raczej zaślepienie. Ciągle spotykamy się z osobami, do których nie trafiają żadne argumenty, choć z zewnątrz widać, że to, o czym oni są przekonani, nie może być prawdą. Tu adekwatne są słowa Chrystusa, wypowiedziane na Krzyżu: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34). Oczywiście, trzeba pytać, skąd się takie zaślepienie wzięło. Często jest to naiwność i brak dojrzałości wiary.

Jednak wielu z tych ludzi bardzo silnie utożsamia się z Kościołem…

Dlatego Kościół, w swoim duszpasterskim nastawieniu, uważa, że nie należy „wylewać dziecka z kąpielą”. Jeśli na przykład na miejscu nie aprobowanych jawień powstał – ogromnym nakładem środków wierzących – kościół, to nie można go tak po prostu zamknąć. Prowadzenie ludzi, którzy nie do końca potrafią zaakceptować czasem trudną prawdę, wymaga od duszpasterzy dużej mądrości i wyrozumiałej postawy.

Czy duże zainteresowanie jawieniami maryjnymi, nawet tymi uznanymi, nie wypacza obrazu Pana Boga i nie spycha Go na drugie miejsce?

Takie wrażenie może powstać u kogoś, kto patrzy na te zjawiska z zewnątrz. Jeżeli spojrzeć na jawienia głębiej, to widać, że Maryja nie skupia uwagi na sobie. Ona tylko świadczy o tajemnicy, która sięga poza Nią i która przez Nią przechodzi.

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że mamy skłonność bardziej koncentrować się na cechach Maryi jako Matki ludzi niż Matki Boga, a przecież to Boże Macierzyństwo jest powodem czci dla Niej.

Jeżeli łatwiej nam przyjąć, że Maryja jest naszą Matką, daje to szansę, żeby zrozumieć także, co to znaczy, że jest Matką Boga. Maryja na pierwszym miejscu jest Matką Chrystusa, ale naszą Matką nie jest dodatkowo, lecz w takiej mierze, w jakiej Jezus jest w nas obecny. Dlatego pragnie, aby obecność Jezusa w nas się powiększała. Jeżeli autentycznie łączymy się z Maryją, to Ona już zadba o to, żebyśmy się nie zatrzymali na Jej Osobie.

To dlaczego w Fatimie Maryja nie prosiła o nabożeństwo do Jezusa, tylko do swojego Niepokalanego Serca?

Niepokalane Serce Maryi jest najściślej związane z Sercem Jezusa. Ponadto, przekazane przez Maryję nabożeństwo wplata w tradycyjny różaniec modlitwę do Jezusa! Wzywamy Go po każdej dziesiątce, mówiąc: „O, mój Jezu, przebacz nam nasze winy…”.

Nie sądzę, że jeśli ktoś za dużo się modli do Maryi, to jest w tym jakieś niebezpieczeństwo. Oczywiście, trzeba zachować właściwe proporcje, ale my tak naprawdę nie wiemy, co się dzieje w ludziach modlących się w ten sposób. Jeśli przypisujemy im traktowanie Maryi jako bogini, a jest to tylko nasze patrzenie z zewnątrz, możemy być niesprawiedliwi.

Modlitwę maryjną rozumiem w ten sposób: modlę się do Jezusa w jedności z Maryją. Oto przykład najbardziej maryjnej modlitwy: „Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…”. Zaczynam modlitwę z Maryją, zwracam się do Niej, ale dochodząc do Imienia Jezus, razem z Maryją zatrzymuję się przy tym Imieniu. Maryja może więc wprowadzać do modlitwy imienia Jezus, której centrum jest Chrystus.

Co ciekawe, różne tradycyjne przedstawienia modlitwy pokazują modlącego się człowieka otoczonego przez Maryję, a w Jej centrum jest Jezus. My kontaktujemy się z tym Centrum przez modlitwę — Maryja jest Łonem, w którym możemy Jezusa spotkać głębiej.


List

Kontynuuj Czytanie

Duchowość

Lęki które paraliżują

o. Remigiusz Recław SJ

DODANE

/

Lęki które paraliżują

Powodem naszych lęków jest brak ufności w miłość. Lęk związany jest z brakiem zaufania do Boga. Na wszystko, czego się boimy jest jedno lekarstwo: zwrócenie oczu na Jezusa. Największą trucizną, którą sobie aplikujemy, jest obietnica łatwego szczęścia. Życie nie jest łatwe, ale trudy przynoszą szczęście. Największym tego świadectwem jest krzyż.

Kontynuuj Czytanie

NAJPOPULARNIEJSZE